Czy mogę mówić do ciebie mamo?




Tort się udał. Choć było trochę problemów...nie było masy marcepanowej w sklepie...musiałam kombinować z lukrem i białą polewą. No i chyba po raz pierwszy i jedyny biszkopt wyszedł mi z zakalcem i musiałam piec drugi... Ale najważniejsze były iskierki radości w oczach Zuzi....A jak jeszcze rozpakowała prezent - maskotkę Hello Kitty śpiewającą piosenki to zupełnie odpłynę..nawet nie umiała z tego wszystkiego zdmuchnąć świeczek.

Potem jeździliśmy do nich dwa razy w tygodniu. Fizycznie to był koszmarnie ciężki czas...Poniedziałek 16-19 szkolenie, środa urywanie się z pracy o 14 i do dzieci - 16-20 u nich i znów 2 godziny do domu, sobota lub niedziela wyjazd do nich na cały dzień. Do tego 5-6 dyżurów 24h w miesiącu i wszystkie wolne chwile poświęcane na malowanie ich pokoi, kupowanie i składanie mebli, szykowanie pościeli, ubrań, zabawek itd. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że w ogóle nie pamiętam, żebym była wtedy zmęczona... miałam siłę na to wszystko i jeszcze ochotę na spotkanie ze znajomymi, seks czy długie spacery. Mój mąż też dawał radę..tylko chudł...jeszcze zanim dzieci u nas zamieszkały stracił 14 kg....(na szczęście nadrobił w kolejnym roku, bo by znikł)...trochę żałowałam, ze mi się to nie udzieliło;), choć też kilka kilo straciłam.

Po czwartym spotkaniu Asia, która jako najstarsza miała mieć największe trudności z przywiązaniem się do nas zapytała Pani Aliny czy może mówić do nas mamo i tato....(wówczas tak mówiła do niej i jej męża). Oczywiści Pani Alina powiedziała, że jak najbardziej i wytłumaczyła wszystko starszym dzieciom, które śmiały się z Asi gdy powiedziała "tata czytał" zamiast "wujek czytał". I tak od następnego razu staliśmy się już z nazwy rodzicami...najzabawniejsze była, że osobą, która najczęściej się myliła był mój mąż...mówił "wujek zrobi", a dzieciaki krzyczały "tata, a nie wujek":).

Potem poszliśmy razem na spacer i lody, następnie była wycieczka do zoo, a potem do "wujka" Mariusz - mojego kolegi i przyjaciela - z pływaniem w jeziorze i jedzeniem ciemnych kulek (borówek amerykańskich). Mały na początku traktował nas jak kolejnych opiekunów i osoby do brania na ręce i bujania na huśtawce. Zaczęłam używać w stosunku do niego nowego imienia, jakie miał nosić po adopcji. Na początku mówiłam Aluś, Alek, Alutek, ale specjalnie go to nie interesowało. W końcu wołając go w ogrodzie powiedziałam Ali, a on się odwrócił. Pierwszy raz zareagował na imię i jakby to przełamało jego opór emocjonalny..Od tego momentu z każdym dniem bardziej się do nas garną.

Smutna dziewczyna, która pierwszy raz otworzyła nam drzwi miała na imię Anita. Opiekowała się Alim od jego pierwszych dni w ich domu. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej go zabieramy. Na początku była bardzo nadąsana i zazdrosna gdy Ali wyciągał do mnie ręce... Z czasem nasze relacje się poprawiały. Widziała, że pytam ją o rady jak się nim zajmować. Proszę by mi coś pokazała. Miała urodziny, więc kupiłam jej prezent. Była bardzo zaskoczona. Gdy powiedziałam, że oczywiście będziemy ich odwiedzać i, że oni są u nas też mile widziani trochę się odblokowała. Zaczęła mi opowiadać o swoim trudnym życiu i pytać o radę. Widziałam, że bardzo kocha mojego małego synka i po konsultacji z mężem zapytałam ją czy nie zechciałaby zostać jego matką chrzestną. Nigdy nie widziałam takiej radości...

I tak moje dzieci miały na początku 2 mamy i 2 tatów. Przyszła pora na drugi pierwszy dom...

Komentarze

Popularne posty