Marzenia i plany


Marzenia i plany

Zawsze byłam zorganizowana i lubiłam mieć wszystko zaplanowane i poukładane. Dobrze wykonany plan daje mi satysfakcję. Zawsze planowałam dzień, wycieczki i urlopy, zadania do wykonania.. i potem konsekwentnie realizowałam plany. Jeżeli pojawiały się przeszkody i nagłe zmiany to owszem trochę mnie to drażniła, ale zwykle miałam lub tworzyłam na bieżąco plan B. W życiu też...

Nigdy nie wyobrażałam sobie życia w pojedynkę. Rodzina była moim celem i marzeniem. Zawsze chciałam mieć troje dzieci i domek z ogródkiem. I gdy spotkałam swojego obecnego męża od razu przystąpiłam do działania;).  Szło mi początkowo super, bo już po kilku miesiącach znajomości nosiłam pierścionek na palcu;) ... Po kolejnym roku byliśmy małżeństwem...nie bez przeszkód i tragedii...ale to już całkiem inne historia... 

No i cóż od razu zabraliśmy się do roboty. Najpierw bez stresu, z entuzjazmem. Po roku z coraz większym napięciem, ale nadal z nadzieją. Zrobiliśmy badania. U mnie było nie najgorzej, u męża kiepskawo. Zoperowaliśmy żylaki powrózka nasiennego, pobrał leki i było lepiej na papierze..ale dalej nic. Potem była przygoda z inseminacją, bez efektu... potem bolesne i traumatyczne HSG - ale czego się nie robi dla spełnienia marzeń...

W końcu przyszła pora na decyzję...byłam przeciwna In Vitro... nie ze względów moralnych czy innych dla mnie wirtualnych..ale ze zwykłego strachu.. Bałam się znieczulenia ogólnego, ewentualnych powikłań zabiegu i hormonoterapii, możliwych wad u dziecka i porażki...
Ale mój mąż tak bardzo chciał spróbować...a jak się kocha to czasem trzeba pokonać lęk i strach, poświecić trochę siebie, aby i tej drugiej osobie pomóc spełnić marzenia...

Nie ma, że miał łatwo...od razu musiałam mieć plan B. Po przedyskutowaniu sprawy ustaliliśmy, że spróbujemy 3 razy (trzy to taka moja liczba, trochę dla mnie magiczna) i jeśli się nie uda to adoptujemy dzieci. On wówczas w zasadzie był tak przekonany, że się uda, że nie brał tego pod uwagę...

No i przyszła pierwsza próba. Ciśnienie 200/100 przed zabiegiem, dobrze, że anestezjolog to dobry kolega...bo by pewno nie zniósł mojego gadania po angielsku w trakcie;) Potem implantacja i czekanie...Radość! Jest ciąża. Bijące serduszko. Nadzieja. Zastanawianie się jak to będzie. I potem ten okropny obraz usg...wiedziałam, że jest źle...ale czekałam, aż doktor to powie...nie chciałam wierzyć - umarło......życie się skończyło...

Ale był plan...musiałam wstać iść dalej....obiecałam...

I było drugie In Vitro ...bez ciąży...prawie się cieszyłam...ale i smuciłam jednocześnie...

Mój mąż wtedy zrozumiał, że może nie wszystko być zgodnie z planem. Na szczęście zrozumiał też, że musi i on dotrzymać obietnicy. Wiedzieliśmy, że czeka się około roku na szkolenie w ośrodku adopcyjnym więc poszliśmy się zapisać. Pan Michał wówczas był dość surowy, trochę straszył, trochę ostrzegał...ale gdy usłyszał, że chcemy 2-3 dzieci (ja wiedziałam, że to będzie troje, ale chłopa musiałam trochę na to przygotowywać:)) od razu stał się bardziej zachęcający. Wypełniliśmy ankietę wstępną i napisaliśmy swoje szczegółowe biografie, takie z opisem nie tylko faktów, ale rzeczy nieistotnych i naszych emocji...ja na 16 stron A4 czcionką 12...mąż na 2 ...:) (i to dlatego, że mu pomogłam). 

Czekaliśmy. Przyszła też pora na ostanie In Vitro. Ciąża. 8 tydzień krwawienie.  W 9 było po wszystkim. Bolało..ale jakoś mniej...Bo wiedziałam, że to koniec...że już więcej ono we mnie nie umrze....przestawiłam się na plan B.... jak się okazała najwspanialszy  z planów...

Czasem myślę sobie, po co było to cierpienie...po co In Vitro i utrata dzieci...po co wydane pieniądze... mogliśmy tyle wcześniej pójść w kierunku adopcji....

Ale potem przypominam sobie, że wtedy nie adoptowalibyśmy tych naszych dzieci... że musieliśmy na nie zaczekać... 

I wiem, że gdy modliliśmy się o dzieci w tak wielu świętych miejscach...to właśnie tak zostaliśmy wysłuchani....Bóg dał nam siłę by poczekać na nasze dzieci...by spełnić marzenia i wypełnić plan.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty