Pierwszy raz spojrzeć w oczy swojego dziecka


Pewnie ci za was, którzy maja dzieci pamiętają jak to było gdy pierwszy raz je zobaczyli. To wspaniałe uczucie na mały cud w  waszych rękach. Mimo, że pewno jeszcze brudne i "zmięte" po porodzie było najpiękniejsze na świecie. 

My tez nie mogliśmy się doczekać spotkania z dziećmi. Wyjechaliśmy pełni nadziei i podekscytowani, ale tez pełni obaw - czy my się im spodobamy? 
Mieliśmy być tam z Panią Grażyną. Zaparkowaliśmy pod ładnym domkiem na osiedlu jakich wiele. Wyznaczony czas wizyty zbliżał się coraz bardzie, a Pani Grażyny nie było. Nie chciałam się spóźnić (nienawidzę tego) więc zadzwoniłam. Pani Grażyna była jeszcze daleko i kazała nam iść samemu... Więc zostaliśmy bez wsparcia...męża musiałam wyciągnąć do tych drzwi na siłę;). 

Drzwi otworzyła nieco naburmuszona młoda dziewczyna. Zaprowadziła nas do salonu.  Było tam sporo dzieci nastoletnich, które przyglądały się nam z zaciekawianiem i one...nasze dziewczynki.. Na początku przyszła mi do głowy bardzo głupia myśl: "szkoda, że blondynki"...

Teraz wiem, że myśl ta była cudowna...bo tylko taki drobiazg jak kolor włosów, zupełnie nie istotny odróżnia, nie to złe słowo, mógłby potencjalnie odróżnić dzieci, które właśnie poznaliśmy od naszych własnych, wymarzonych. Ale nie odróżnia...nikt nawet nie zwraca na to uwagi... Z resztą mój brat też ma córkę blondynkę, a oni oboje z ciemnymi włosami. 

Przyszła Pani Alina, przywitała nas, dostaliśmy kawę. Wręczyliśmy dziewczynkom maskotki. Powiedziałam, że to jest hipopotam Henio, który chce spać z Zuzią , a to słonik Szymek, który chce spać z Asię. Potem mąż pokazywał im na telefonie nasze koty, a ja o nich opowiadałam. Wiedziałam, że te małe futrzane kulki zdobędą serce każdego dziecka;)

Potem wstał Ali - maluch o pięknych oczach. Od razu złapał samochodzik od nas, przewrócił i zaczął kręcić kołami. 

Na początku baliśmy się, że będziemy oceniani (i zapewne tak było;)) i jak wypadniemy. W tym momencie to nie miało już znaczenia...liczyły się tylko nasze dzieci.

Poszliśmy do ich pokoju i bawiliśmy się. Dzieci po nas skakały, robiliśmy zdjęcia, opowiadałam wymyślone na poczekaniu wierszyki itp. Zostaliśmy aż do wieczora i mój mąż czytał bajki do snu.. Potem była jeszcze rozmowa z Panią Aliną. Powiedziała nam, że bała się, że będziemy tacy niedotykalscy. Że nie będziemy chcieli, że by dzieci nas dotykały, żeby nas nie pobrudziły czy nie obśliniły...(i owszem byliśmy upaprani i obślinieni, ale to chyba norma?;)) Umówiliśmy się na następne spotkanie za 3 dni...a ja dostałam przyzwolenie na upieczenie tortu na urodziny Zuzi - nie łatwa sprawa...bo miał być z Hello Kitty:)

Później dowiedzieliśmy się od Pani Grażyny, że Pani Alina choć początkowo nie chciała się zgodzić na adopcję i Pani Grażyna musiała ją długo przekonywać, gdy w trakcie naszej wizyty wszyły razem "na papierosa" i zastała zapytana o zdanie na nasz temat to mocno ja uściskała... nie powiem byliśmy z siebie dumni...

I tak zaczęło się nasze nowe życie....

Komentarze

Popularne posty