Rodzicu nie bój się przedszkola...czyli pierwsze dni z uśmiechem


Zuzia miała 3 lata gdy do nas trafiła. Jako, że byłam na macierzyńskim i pracowałam tylko 3 h dziennie w pierwszym roku nie poszła do przedszkola. Ale oczywiście już wtedy planowałam, że trafi do niego za rok. Dlatego przygotowywałam ją do tego tak jak według mnie było trzeba. 3 razy w tygodniu miałyśmy 2 godziny tylko dla siebie (Asia była w szkole, a Ali spał). W tym czasie robiłyśmy "zadania" , najważniejsze było, że były obowiązkowe i choćby nie wiem co musiałyśmy je zrobić.  Kupiłam zestaw zadań dla 3 latków w Biedronce - rewelacyjny jak się okazała. Były tam zadania plastyczne: wyklejanie papierem, plasteliną, watą itp., rysowanie po śladzie, kolorowanie, malowanie palcami, pędzlem, ziemniakiem itd. itp.; ale też wiersze z zagadkami, zabawy ruchowe, liczenie i inne rozwijające wiele umiejętności i uczące mnóstwa rzeczy. Czasem coś wydawało się Zuzi za trudne, albo zwyczajnie jej się nie chciało...ale nie dawałam za wygraną... mówiła, że jest przecież mądra dziewczynką i na pewno sobie poradzi, a "puszkiem-leniuszkiem" być brzydko...albo śpiewałam "na tapczanie siedzi leń"..i szybko zmieniała zdanie...Jak coś się nie udało i owszem była złość lub łzy, siadałam na podłodze obok niej i udawałam, że płaczę, albo się złoszczę mówiąc "głupia mama, zła mama nie nauczyła Zuzi jak robić to czy tamto"...no i Zuzi robił się mamy żal...i mówiła "nie martw się spróbujemy jeszcze raz, na pewno się uda" ;)

Szła do przodu jak burza. Bardzo szybko zapamiętała kolory (których wcześniej nie znała), cyfry, pory roku czy kierunki. Rysowała, wycinała i wyklejała coraz staranniej. A przede wszystkim coraz rzadziej jej się nie chciało, coraz rzadziej chciała się poddawać i coraz rzadziej wściekała się czy płakała...aż całkiem przestała. 

Kiedy przyszła pora zapisu do przedszkola i wybraliśmy to, które nam odpowiadało, zaczęłam opowiadać jej jak super jest być przedszkolakiem. Że można się bawić z innymi dziećmi, że się tańcz i śpiewa, są różne fajne gry i zabawy, że będą robić jeszcze fajniejsze zadania niż ona ze mną. Gdy potwierdzono, że Zuzia dostała się do wybranego przedszkola, było jeszcze łatwiej. Mogłam pokazać jej piękny zabytkowy budynek, w którym się i opowiadać o wycieczkach do przylegającego do niego parku, w poszukiwaniu zimowych zwierząt czy oznak wiosny, o wspaniałych strych schodach w środku i kolorowych klasach. 

W czerwcu poszłyśmy na dzień otwarty przedszkola, by sama mogła się przekonać jak w nim super. Przez jakieś 2 minuty trzymała się mojej nogi, a potem gdy zobaczyła, że panie organizują zabawę z wielka kolorowa chustą pognała do dzieci..i ja mogłam nie istnieć wy tym momencie;). 

Kiedy pierwszy raz szła do przedszkola wystrojona w śliczną biała bluzkę i kolorową spódniczkę była ogromnie podekscytowana. Wytłumaczyłam jej znając program dnia w przedszkolu, że o 14 mają obiad i już niedługo po nim przyjdę. Jest tam taki zwyczaj, że dzieci zbierają się w sali na dole, tam się je wprowadza i idą do okna, a rodzice z drugiej strony machają. Gdy podeszłyśmy do budynku widziałam kilka machających matek o zmartwionych lub wręcz zapłakanych twarzach...i wewnątrz płaczące dzieci...

Ja szłam z uśmiechem na ustach, pokazując Zuzi co fajniejsze rzeczy. Wewnątrz najpierw zobaczyłyśmy jadłospis. Przeczytałam Zuzi dania na bieżący dzień mówiąc jakie są pyszne i pytając czy mi trochę zostawi...z czego oczywiście śmiała się do rozpuku. Potem w szatni znalazłyśmy jej szafkę - była oczywiście super, bo pomarańczowa i z miejscem na buty i wieszaczkiem i w ogóle wszystkim super;). Zuzka wchodziła do sali już uśmiechnięta...a jak powiedziałam, że pójdę z drugiej strony okna robić głupie miny...to poleciała tam w trzy sekundy nie bacząc na płaczące maluchy. Co się rzekło to zrobiłam - wydurniałam się pod oknem przez kilka minut, choć zapłakani rodzice patrzyli na mnie jak na wariatkę... dopóki nie zorientowali się, że ich plączące dzieci, przestają płakać i też się ze mnie śmieją.

Taki rytuał odprawiamy co dziennie. Przez pierwsze kilka tygodni pytano mnie jak ja to robię, że ona jest zawsze taka radosna i pozytywnie nastawiona, że próbuje każdego dania i nie marudzi - czasem coś jej nie smakuje, ale większość rzeczy je z apetytem - i mówi, że jest takie pyszne jak mówiła mama... no właśnie... 

Dzieci zapłakanych mam były zapłakane, zmartwionych zmartwione, przestraszonych się bały.... krzywiących się na jedzenie i mówiących" oj ty nic nie zn jesz, bo tego nie lubisz" nic nie jadły...

Nie mówię, że nasze pozytywne nastawienie, ekscytacja i usmiech zapobiegną, każdej łzie i nie zjedzonemu obiadkowi...ale na pewno negatywne emocje tylko pogorszą sytuację... a przecież oddając dziecko do przedszkola wierzymy, że będzie u tam dobrze...bo gdyby tak nie było nie dałybyśmy tam naszej małej miłości. 

Teraz Alex skończyła 3 lata. w zasadzie przygotowuję go do przedszkola odkąd Zuzia tam poszła. Zabierałam go na uroczystości do niej, na przedstawienia czy po prostu ją odebrać i pokazywałam wszystkie fajne strony. Robimy też coraz więcej zadań - by nauczył się, że trzeba być obowiązkowym i kończyć to co się zaczęła... od kilku miesięcy ciągle mówi "Ali pójdzie do przedszkola"... chciałby już;) Ale musi wytrzyma do września...

A Zuzia pójdzie do szkoły, do zerówki... cały ten rok do tego ją przygotowuję....ale to w innym poście:)

Komentarze

Popularne posty