Nie róbcie problemu z (nie)jedzenia


Kiedyś opisywałam już naszą drogę do wprowadzenia zdrowej diety u naszych maluchów. łatwo nie było i dużo przeszliśmy - dla przypomnienia:

Teraz dzieci jedzą wszystko chętnie i bez problemów. W kilku restauracjach spotkaliśmy się w czasie urlopu z takimi sytuacjami.

Zamawiamy rosół i Ali chce barani z kołdunami. Kelnerka na to: Ale czy on zje? To jest rosół z barana. Pytam: Ale smaczny? Kelnerka: No tak, ale inny... Ali wtrąbił całą michę bez mrugnięcia okiem, stwierdzając, że te uszka to uszka, a nie kołduny. Kelnerka: Ojej, ale smakowało...

To my poprosimy.. Kelnerka: Ale widzieli państwo menu dla dzieci? Tak, ale jednak poprosimy szaszłyki z kurczaka i cebuli trzy razy z buraczkami i frytkami Kelnerka: Ale czy one zjedzą... Nie muszę chyba pisać, że zjadły...

Zamówiliśmy po porcji pierogów (10) dla dzieci. Zjadły większość (lubią okropnie) z surówką oczywiście. Kelnerka; Ojej, a jednak dały radę...

Albo inaczej... po zjedzonym obiedzie kelner pyta czy dzieci może chcą jakiś deser, może lody? Maluch najedzone, mówią, że nie. Ten mimo to przynosi (gratis) po gałce lodów. Dzieci próbują, ale nie mogą...zjadły przecież cały obiad. Lody zjadamy my (i idzie w boczki). 



Często też znajomi pytają mnie jak ja to robię, że one tak chętnie jedzą. Jedzą ryby, warzywa, owoce i kasze, pełnoziarnisty chleb, piją wodę i mleko. I nie marudzą... hmm.. 

Po prostu nie robię problemu z (nie)jedzenia...

W tym sensie, że jak dziecko (nie tylko) nie chce jeść posiłku to nie wciskam mu go do buzi siłą, nie karmię, nie latam dookoła prosząc zjedz choć trochę, za mamusię, tatusia, trzy koty itd. itp.... Nie ma afery, nie ma uwagi i nie ma zainteresowania, nie ma problemu..  Mama zawsze mówiła: Z głodu jeszcze nikt nie pękł... Ostatnio też słyszałam: Nikt (nie wliczamy anoreksji itp.) nie umarł z głodu nad miską pełną zupy... Cóż wierzcie czy nie dziecku nic się nie stanie jak nie zje obiadu... nawet jak nic nie zje przez cały dzień...a nawet trzy... poczuje głód i tyle. Czasem trzeba go poznać, żeby wiedzieć co to znaczy. No i co może marudzić, popłakiwać, być drażliwe (Polak głodny to i zły). Mało to miłe, ale w żaden sposób nie szkodzi jego zdrowiu i życiu. I dopóki my rodzice nie zrobimy z tego problemu to go nie będzie. 


Większy kłopot to jedzenie wybiórcze. I tu trzeba więcej cierpliwości i sposobu. Oczywiście trzeba pamiętać, że dziecko ma prawo czegoś nie lubić (tak jak i my - kapuśniak fe), ale nie ma prawa nie lubić wszystkiego oprócz słodyczy... Jeśli tak jest to najwyraźniej je słodkiego (pamiętajmy, że soki, jogurty, serki, dżem itp. też są słodkie i mają w sobie cukry proste) za dużo i wymaga pilnie odwyku. podobnie z tłuszczami (frytki, paluszki rybne, kotlety i wszystko co w panierce na olej). Te substancje łatwo uzależniają...a potem jest płacz i awantura. 
Tutaj na pierwszym miejscu stawiam przykład własny - ja jem zdrowe rzeczy, dziecko też chce (zwłaszcza jak nie dostało;)). A następnie edukację. I to bardzo wcześnie. Co dziecko zrozumie i co zapamięta to jego. Wierzcie mi, że mój 3 latek sam patrząc co na obiad mówi: Kasza owsiana jest zdrowa na brzuszek... albo rybka jest pyszna i zdrowa... Mówcie dzieciom co gotujecie i dlaczego to jest zdrowe. Ja mówię całkiem zgodnie z prawdą np. kasze i pieczywo pełnoziarniste zawierają błonnik, a błonnik powoduje, że kupa łatwo wychodzi i nie robi się twarda. Ryby mają zdrowe kwasy tłuszczowe, które wzmacniają serce i mózg i dzięki temu lepiej się myśli i staje się silniejszym. Warzywa mają witaminy i mikroelementy wzmacniające oporność, dzięki czemu nie będziecie dużo chorować...itp. itd. w kółko i od nowa... 


A potem razem w sklepie oglądamy składniki i dobieramy je do siebie. Mówię im co do siebie pasuje i co będzie i smaczne i zdrowe. No tak.. ma być smaczne, więc jeśli gotowanie wam nie idzie to proponuje jakiś kurs, bo dzieci (jak i dorośli) wolą zjeść smacznie niż zdrowo.. ale można i smacznie i zdrowo! I wcale nie jest prawdą, że macie słabo doprawiać! Oszczędnie z solą - bo szkodzi,  ale wierzcie mi, że dzieci kochają dobrze skomponowane mieszanki ziół i przypraw, w tym chilli i pieprz! jedno z ulubionych dań moich dzieci to pełnoziarniste spaghetti z krewetkami, czosnkiem, chilli i cukinią... słodko-pikantne z mocno czosnkową nutą... Ma też być kolorowo i pięknie. Jednokolorowe potrawy lub szare breje nikomu nie będą smakować.. 

Jeżeli to wszystko nie działa (rzadkość, wyjątek) mamy taki system... najpierw podajemy to co zdrowe. Było tak, że jedna maruda zjadała ziemniaki/kaszę/ryż, wypijała sok i nie chciał już reszty... nie było efektu głodu, bo już coś wtrąciła..  No to zaczęliśmy podawać (wszystkim!!!) najpierw mięsko/rybę z surówką/warzywami i wodę do picia, a jak to znikało dopiero resztę... problem znikną po 3 dniach. A jak ktoś nie zjadł obiadu (jemy o 18) do momentu pory spania 19:50... cóż szedł spać głodny i niekąpany...żadna tragedia. Jeśli zjadł pół - a porcje daję zawsze na miarę możliwości dzieci, to mógł odejść od stołu, ale nie dostał nic już do jedzenia, no bo w końcu nie był głodny. Jakoś tak się składało, że w takie dni zwykle miałam jakieś smaczne owoce na deser.. i delikwent szybko powracał do swojej niedojedzonej porcji, by dostać malin czy borówek.



Kiedy reaguję? Czasem nawet się wściekam (jestem człowiekiem jednakowoż).. Jeśli zabawa jedzeniem/przy jedzeniu przerasta jego skuteczność - śpiewanie trwa już 15 min i nie było czasu na kęs itp. i zagraża zdrowiu otoczenia - machanie nożem i widelcem, podnoszenie talerza nad głowę. Gdy rano się spieszymy jest to nader denerwujące. Wiem, wiem co robić... ale nie zawsze starcza cierpliwości...  Ale, gdy starcza ostrzegam: Zaraz wychodzimy, jeśli nie zjesz to pójdziesz rozczochrana, bo nie zdążę Cię uczesać, albo od jutra najpierw śniadanie, potem ubieranie - skutek do szkoły w piżamie. Jeśli i tak nie pomoże (na szczęście rzadkość) to pakuję śniadanie w pojemnik i do plecaka, zamiast ulubionego serka... Ale nadal nie ma problemu z jedzeniem. Problem jest z czasem. A, że jestem ogromnie punktualna to dzieci go rozumieją. 
A jak cierpliwości mi brak.. marudzę...krzyczę... i co... i awantura, nerwy... więc jakoś tak coraz więcej mam tej cierpliwości.bo warto. 
Kiedy karmię? Karmiłam Alusia, gdy wywoływał wymioty wpychając sobie łyżkę do gardła.. szybko nauczył się powodować je samym napięciem przepony..ech. Ale to mamy już za sobą. Teraz "karmię" - w zasadzie pomagam nabrać na sztućce, gdy któreś dziecko prosi o pomoc (ale nie ja mówi "mama karm" - na to odpowiadam jesteś już duży/duża nie karmię), albo gdy Zuza mówi, że już nie chce, a widzę, że po prostu sobie nie radzi - trudno jej się przyznać do tego. Zawsze wtedy jednak mówię, żeby powiedziała, że potrzebuje pomocy, bo to żaden wstyd i problem. Że się nauczy i coraz lepiej jej idzie. 

Raz jeszcze polecam nie zamartwiać się jedzeniowymi potyczkami, uzbroić się w cierpliwość i nie robić problemu z jedzenia. Bo jemy, żeby żyć, a nie odwrotnie. 

Komentarze

Popularne posty