Pamiętnik z wakacji 7 - zdobywać szczyty i pokonać siebie


Przygotowaliśmy wszystko co potrzebne i z ekscytacją w oczach dzieci ruszyliśmy w góry! Pierwszy raz! Pierwszy szczyt! I co z tego, że Gubałówka... ale pieszo! Ciekawe ilu z Was zaliczyło ja w ten sposób? A ilu miało wtedy 7 lat? 5? a może 3? Wyzywamy też wszystkich, którzy na co dzień pierdzą w stołki w biurze, a potem w kanapę przed TV.... Góra może niewielka...ale szlak stromy...


Z resztą uwielbienie dla elektroniki znów dało się nam we znaki;) Bo oczywiście jakoś tak wyznaczyło szlak...poza szlakiem.. także, obiecałam sobie już zawsze (nawet na takie pagórki;)) brać mapę. Szliśmy więc jakimiś leśnymi ścieżkami, wyschniętymi łożyskami okresowo spływających po stromiźnie strumyków i pod wysoko rozgałęziającymi się drzewami. Było stromo i trudno i fajnie:) 


W końcu odnaleźliśmy szlak i było już "z górki", choć nadal pod górkę:). W końcu las pokrywający zbocze zaczął się przerzedzać i coraz częściej można było zerknąć na przebijające między gałęziami górskie szczyty. 


I nareszcie wyszliśmy z lasu I było wielkie wow! Ali krzyczał "Mama góry, piękne, ogromne!" 



Na szczycie wiał nieprzyjemny zimny wiatr przenikający przez bluzy. Znaleźliśmy i na to sposób. Ubraliśmy peleryny przeciwdeszczowe, które z racji struktury nie dopuszczały również wiatru pod ubranie. I znów wszystkim zrobiło się przyjemnie. 

Z resztą spacer wśród owieczek, koników, kolorowych stoisk i pięknych widoków wszystkim poprawił humor. 



Po przejściu całą ulicą główną wybraliśmy jedną z karczm na obowiązkową gorącą czekoladę.. i już mniej obowiązkowe, ale upragnione lody:)


Potem ruszyliśmy w dół (już szlakiem;)). Najlepszą częścią wyprawy była możliwość przekazania dzieciom naszej wiedzy i podzielenia się wspomnieniami. Sami pakowali do swoich plecaków bidony z wodą i peleryny przeciwdeszczowe. Ubierali podekscytowani buty trekingowe. Nacierali buzie kremem z filtrem i zakładali czapki z daszkiem. Tym razem było bez prowiantu (lody były na górze;)), ale w plecaku taty znalazła się też nasza "apteczka". 


Ale to nie wszystko... bo czyż nie cudownie być tym, który pierwszy raz pokazał dziecku jak wysysać płatki kwiatów koniczyny ze słodkiego nektaru? Nauczył, że na górskim szlaku wszyscy się znają i mówią sobie "dzień dobry" - podobno ten zwyczaj zanika..a szkoda, bo żebyście wiedzieli ile daje uśmiechu! Zwłaszcza, gdy to dzień dobry wykrzykuje uśmiechnięty 3 latek:)


A pokazać liście babki lancetowatej, które jeśli zmoczyć wodą i pognieść w rękach, można przyłożyć do każdego otarcia jako świetny opatrunek aktywujący krzepnięcie i zmniejszający ból.. 


A nauczyć leżeć w wysokiej trawie i rozkoszować się błękitem nieba i śpiewem ptaków? (popryskani anty-kleszczowo) 


Szczyt zdobyty, trudu i wysiłku było sporo, zwłaszcza jak na pierwszy raz, więc należała się nagroda! U podnóża Gubałówki już schodząc zobaczyliśmy wielki Diabelski Młyn - no to jak było nie pojechać?:)





Komentarze

Popularne posty