Pamiętnik z wakacji 8 - kilometry w małych nóżkach


Dolina Kościeliska to znane i lubiane miejsce spacerów rodzinnych. Jest to szlak szeroki i jedynie łagodnie pnący się ku górze. Łatwość trasy rekompensują piękne widoki z każdej strony drogi. Dodać trzeba, że niewiele rodzin z małymi dziećmi, jeśli nie jadą one wózkiem, dociera do jej końca...wszak szlak do schroniska to 6 km drogi... a trzeba jeszcze drugie 6 wrócić. Ale co to dla nas:) Na trasie zaskoczył nas po-burzowy krajobraz zalesionych połaci górskich zboczy wokół - połamane i powyrywane z korzeniami drzewa smętnie spoczywały pochylone i powalone przez siły natury. 


Po drodze mogliśmy pokłonić głowę przed Maryją w pięknej góralskiej kapliczce i chwile postać na warcie wraz ze struganymi góralami u jej wrót. 


Pośród łąk na szerokiej drodze miało nas wiele grup kolonijnych zmierzających w tę samą stronę. Przewodnicy z Tatrzańskiego Parku Narodowego prowadzący te grupy uśmiechali się do nas przyjaźnie, a jedne nawet powiedział "Czołem rodzina, wybaczcie, ale niech kolonia patrzy i się uczy jak się trzeba wybierać w góry" - fakt, że nasze maluchy w butach trekingowych z plecakami i w czapkach z daszkiem wyglądały bardzo profesjonalnie przy nastolatkach z kolonii w sandała i tenisówkach, których głównym wyposażeniem były iphone'y i ipad'y...



Jak tylko było można..było wspinanie;) Każda "dziura" czy skałka dobra:) 


Widoki nagich skał wyrastających z pomiędzy gęstego iglastego lasu zapierały dech w piersiach. Nic dziwnego, że dzieci co rusz wykrzykiwały "łał jaki widok!" 



Były też obowiązkowo postoje - każdy wyciągał bidon ze swojego plecaka i pił wodę (czystą wodę, ponoć odkąd są smakowe - czytaj napoje z cukrem i barwnikiem, tak trzeba mówić...). Były też przekąski - banany, sucharki i orzeszki w karmelu. 



W końcu dotarliśmy do schroniska. Kupiłam magnes - pamiątkę obowiązkową, a dzieciom kupiłam świetne dyplomy za dotarcie aż tutaj i podbiłam pieczęciami z niedźwiedziem i szarotką:).


Potem był postój, kanapki i w końcu mozolny powrót, kolejne 6 km do samochodu. 


Na szczęście było trochę atrakcji w postaci stada owiec w tym jednej wyjątkowo natarczywie pchającej się do turystów w celu wyjedzenia im czegoś z plecaków;) Nie było łatwo..ostatni kilometr już nikogo nie bawił..ale cóż auto samo do nas nie przyjdzie... Za to po powrocie były przyjemności:) 


Basen w piwnicy naszego budynku. Okazało się, że w ten akurat dzień był naszym prywatnym basenem:) Zabawa była na 102. 


A potem w drodze na obiad wesołe miasteczko:). Wszyscy szli spać zadowoleni. 



Komentarze

Popularne posty