Pamiętnik z wakacji dzień 10 - przekraczanie granic możliwości


Plan był taki, że wstaniemy wcześnie rano i ruszymy nad Morskie Oko - klasycznie z Palenicy Białczańskiej, asfaltówką... Na całe szczęście tego dni było niemalże apokaliptyczne oblężenie tej trasy... Wobec braku możliwości zaparkowania w jakiejkolwiek sensownej okolicy początku szlaku stwierdziliśmy, że ruszymy jednak na Rusinowa Polanę. 


Dość stromym leśnym szlakiem dotarliśmy powoli do pięknego maleńkiego kościółka ukrytego wśród drzew. Była niedziela i trwała msza święta co bardzo nas ucieszyła. Przystanęliśmy jak inni wędrowcy wokół niewielkiego budynku i uczestniczyliśmy w nabożeństwie. Po jego zakończeniu weszliśmy do wnętrza. Miejsca tam było na jakieś 30, może na upartego 40 osób. Wszystko z ręczenie struganego drewna. I figurka Matki Bożej Królowej Tatr, wyglądającej tak jak widziała ją Marysia nieopodal obecnie istniejącego sanktuarium wiele lat temu, błogosławiąca wszystkim wędrowcom i intencjom, które niosą w sercu ku szczytom gór. Nabraliśmy też wody z cudownego źródełka obok kościółka, by obdarować nią naszych bliskich borykających się z różnymi problemami zdrowotnymi. Nie wiem czy taka woda może pomóc, ale na pewno nasza dobra energia pomoże. 


Po kolejnej wspinaczce stromą wyłożoną wielkimi kamieniami ścieżką wyszliśmy z lasu na przepiękną wyściełaną miękką trawą polanę - była to Rusinowa Polana. Naszym oczom ukazała się wspaniała górska panorama. W centrum prawie samotnie górował Gerlach w otoczeniu niewielkich obłoczków. Po jego prawej stronie tuż za przecinającym horyzont Gankiem rozpościera się masyw Rysów. Nie mniej ujmująca lewa strona obejmuje m.in. majestatyczny Lodowy i Jagnięcy. A wokół spokój, pobekiwanie owiec, zapach wędzących się oscypków. 


Siedliśmy z dziećmi na trawie, napiliśmy się wody, zjedliśmy przekąski i myślimy... co dalej? Wracamy? Jutro Busem na Morskie Oko? Bo stąd jeszcze 9 km, a 4 już mamy w nogach...hmm Damy radę? Dzieci mówią, że tak. No to idziemy...takie już z nas wariaty. Szlak piękny. Omijamy łąkę i wchodzimy do lasu. 


Szlak wiedzie najpierw leśną gęstwiną, by po chwili wyłonić się wśród malin i jagód z cudnym widokiem na skaliste szczyty. Potem znów w dół wśród lasu, nad potok szumiący wodospadami. I znowu nad wierzchołki drzew. I tak aż w końcu wyłoniła się wśród drzew znana wszystkim bywalcom okolic Morskiego Oka asfaltówka. 


Zrobiliśmy postój, by zebrać siły na ten znacznie mniej przyjemny odcinek trasy. I ruszyliśmy. 



Jedyny przyjemny akcent po drodze to Wodogrzmoty Mickiewicza - piękny wodospad, warty zobaczenia. Potem nuda na twardej nawierzchni. Na szczęście są skróty, strome, kamieniste, ale przynajmniej wśród drzew, a nie pod palącym słońcem na nudnej szosie. Przed ostatecznym podejściem do jeziora - przaśny i kiczowaty obiekt gastronomiczny, ale w tym momencie upragnionym - zimne lodowe napoje, słodkie, ale ogromnie orzeźwiające postawiły dzieci i tatę na nogi... ja potrzebowałam większego wsparcia - zimne, gorzkie piwo, to było to czego potrzebowałam. 


Nareszcie dotarliśmy. Widok, mimo tłumów niesamowity. Szaro-stalowa skalna ściana kontrastująca u góry z błękitem nieba, a u dołu z zielona taflą wody, poprzecinana gdzieniegdzie białymi pasami śniegu. Odpoczęliśmy, zjedliśmy nasze kanapki. Wręczyłam dzieciom drewniane medale za osiągniecie tego miejsca.  Kupiliśmy też tradycyjny magnes. 


Dzieci pomoczyły ręce w wodzie, odpoczywaliśmy. 13 km po górskich ścieżkach to nie lada sztuka nawet dla nas, a co dopiero dla tych małych nóżek... wtedy Ali spojrzał na Rysy i wskazując na nie rączką z rozbrajająca dziecięcą szczerością zapytał "Idziemy na tą górkę?";););)
Cóż przekonaliśmy go wizją jazdy wozem z konikami, by odstąpić przynajmniej na razie od tego przedsięwzięcia...hihi. Zeszliśmy 2 km w dół (w tym wracając się po zapomniany plecak Alusia) i wozem konnym, a potem busem wróciliśmy do samochodu. Jak fajnie było najlepiej podsumowały słowa Alusia z następnego poranka... "Mamo możemy znów iść nad Morskie Oko":)



Komentarze

Popularne posty