Pierwsza kolonia dziecka - jak się przygotować, by nie zwariować

I stało się. Asia pojechała na kolonię. Na 6 dni i blisko, ale zawsze. Tak, tak..wiem, zwariowałam, ona ma tylko 7 (w sumie prawie 8) lat. Dziś Pani wysyłająca swoją 11 latkę po raz pierwszy na wyjazd powiedziała: Ojej! Ona jest taka malutka!... Babcia i tata też jakby nagle zaczęli mieć wątpliwości. Ale ja ich nie mam. Wiem, że będzie się świetnie bawić i pamiętać ten wyjazd jeszcze długo. Skąd wiem? Bo przygotowałam na to i ją i siebie. Wbrew tego co może sobie niektórzy teraz myślą, nie jestem bez serca, ultra spokojna i obojętna. Też się boję, martwię i przede wszystkim kocham. I właśnie dlatego pojechała. Uznałam, że to będzie dla niej dobre. Będzie mogła wykorzystać wszystkie umiejętności jakie z oporem przyswoiła sobie w domu - ubieranie, czesanie się, mycie, punktualność itp. Będzie mogła poczuć się odpowiedzialna za siebie, swoje rzeczy i niewielkie kieszonkowe. Rozwinie zdolności interpersonalne w kontaktach z innymi dziećmi i dorosłymi. Pozna nowe sposoby spędzania aktywnie czasu i nowych przyjaciół. Przeżyje przygodę i pokona swoje obawy, pokona sama siebie. Będzie mogła być z siebie dumna i jak tylko wróci postaram się, by to czuła, tak jak i nasza dumę z niej. Nawet jeśli by tam płakała, czy zdarzył się wypadek typu mokrego łóżka i tak będę z niej dumna, nawet tym bardziej, bo będzie musiała i z pewnością poradzi sobie z emocjami sama, ze wsparciem wychowawcy. Telefon ma, ale mogą z niego korzystać tylko po obiedzie 14:30-15:30 (super! mają się bawić, a nie klikać!). Jakoś jestem przekonana, że gdy jutro zadzwonię usłyszę, że świetnie się bawi i właściwie to nie ma czasu ze mną gadać, bo koleżanki... ;) Powiem wam jeszcze, że ta 11 latka siedząca obok w autokarze, była równie przerażona, pochlipująca i zdenerwowana. Więc wiek nie ma tu za wiele do rzeczy... Obu, jak również dwóm chłopcom przed nimi pomógł mój ulubiony trik... to jest głupie miny... a wierzcie mi robię naprawdę głupie;). Wszystkie dzieci i kilkoro rodziców miało ze mnie niezły ubaw. 

A teraz do tematu - jak się do tego przygotować?
Myśl o kolonii przyszła mi do głowy już na początku roku szkolnego. To dobry moment, bo można wszystko przeanalizować, popracować na sobą i dzieckiem i podjąć ostateczną decyzję ponad pół roku później. Po pierwsze trzeba się zastanowić czy dziecko jest gotowe na rozstanie i na jak długie. A jeśli nie mamy o tym pojęcia to to sprawdzić. Zacząć można od weekendu u babci czy cioci. Potem warto poszukać dalszą rodzinę czy znajomych. Jeśli nie ma płaczu i paniki to jest dobrze. Jeśli po 2 dniach poza domem dzieciak chce wracać to może jeszcze za wcześnie. Asia jeździła regularnie do cioci na 3, 5, a potem 7 dni. Rozmawialiśmy przez telefon i było dobrze. To nie jest to samo, ale przynajmniej wiem, że samo kilkudniowe rozstanie z nami nie stanowi dla niej problemu. 

Druga sprawa to samodzielność. Dziecko jadące na kolonię musi umieć się umyć samo - włosy też, ubrać i rozebrać, uczesać (przynajmniej rozczesać), umyć zęby, natrzeć kremem przeciw uv i spryskać płynem na kleszcze, samodzielnie jeść, nie mówiąc o toaletowej samoobsłudze. Większość tych umiejętności Asia miała już rok temu, ale samodzielnego mycia się pod prysznicem (w domu pluska się z rodzeństwem w wannie) i wiązania kucyka uczyłam ją specjalnie pod kolonię.  Zdziwiło mnie nawet, że rodzice prosili opiekunkę grupy kolonijnej o pomoc w czesaniu, a ona obiecała, że pomoże. Co prawda część dzieci ma bardzo długi włosy i może to być trudne - rozumiem to, ale ja wolę wygodniejszą fryzurę i samodzielność dziecka.. 
Pozostaje najważniejsza umiejętność, trudna czasem, ale uczę jej dzieci od początku - umiejętność proszenia o pomoc. Przecież opiekunowie są tam właśnie po to.. a i starsze dziecko może dopomóc jeśli potrafisz powiedzieć proszę, a potem dziękuję...

Kolejną ważną kwestią jest przygotowanie emocjonalne. I to obu stron - dziecka, ale i rodziców..  Jak ja to zrobiłam? Przypomniała sobie moją kolonię i pobyty w sanatorium. Było świetnie! Opowiadałam Asi o wszystkich fajnych przygodach! Nawet tych "niegrzecznych". Sama byłam podekscytowana wspomnieniami to i ona również. Potem wybrałam kolonię. Początkowo chciałam wybrać coś ze szkoły tańca, do której Asia chodzi, ale niestety terminy nam nie odpowiadały. Poszukałam więc w lokalnych biurach i znalazłam coś fajnego. Kolonia all inclusive - czyli codziennie coś innego - to Indianie, to pływanie, to szkoła przetrwania, to prace plastyczne, to dzień sportowy do gry planszowe... zależnie od pogody i nastrojów. Do tego blisko - jakby co - jakieś 80 km i na 6 dni - idealnie na pierwszy raz. Do tego mieli dobre opinie od klientów (owszem zdarzył się też jakiś malkontent narzekający, że warunki jak w akademiku  - niby jakie by miały być?) i piękne zdjęcia z poprzedniego roku (tak pytają rodziców czy mogą je publikować). Razem oglądałyśmy te fotki i Asia mimo strachu była coraz bardziej podekscytowana i nie mogła się doczekać.

Przyszła pora pakowania. Na stronie firmy była bardzo pomocna lista rzeczy potrzebnych i tych nie polecanych. Dla swego spokoju przygotowałam Asi po komplecie ciuchów na każdy dzień - zwinie te w rulony w małych woreczkach - jeden worek na jeden dzień. Do tego 4 pary długich spodni, jakby było zimno, 4 zapasowe koszulki i pary majtek, skarpety, 2 piżamy, ręcznik po kąpieli i plażowy, 2 zapasowe bluzy, adidasy i kalosze (sandały na nogach), przeciwdeszczówkę. Do kosmetyczki szczotkę i pastę, płyn do mycia z szamponem w jednym, krem z filtrem, spray na kleszcze, myjkę - wszystko to podpisane. Podpisałam walizkę, plecak i czapkę z daszkiem, telefon i ładowarkę też. Wszystko władałyśmy do walizki razem. Do małego plecaka poszła latarka, portfel z małym kieszonkowym (miało być 30 zł, ale znienacka przyszła wróżka zębuszka, bo dwójka wypadła i zrobiło się 38;)), mokre i suche chusteczki, woda i małe co nieco na drogę. Lokomotiv do ssania przed, miętusy i worki na jakby co, na drogę. I pojechała... Jak wróci napiszę jak było:)  



Komentarze

Popularne posty