Duszy ból

Wczoraj miałam okropny dzień... Zaczął się od potwornego bólu głowy już od przebudzenia. Do tego ból brzucha podczas miesiączki i już człowiek czuje się, jakby wcale nie spał. Ale fizyczne dolegliwości są niczym w porównaniu z bólem duszy...

Po "Czarnym poniedziałku" w mediach społecznościowych pojawiło się sporo artykułów, w których kobiety opowiadały o swoich ciężkich przeżyciach związanych z ciążą. Mimo woli rzuciłam okiem na 2 czy 3 takie historie.. i wtedy wszystko wróciło. Przypomniało mi się to straszne uczucie...świat się skończył, nie chcę istnieć...a trzeba dalej żyć.


Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak bardzo cieszyliśmy się, gdy pierwszy raz okazało się, że jestem w ciąży. Przeglądaliśmy katalogi z mebelkami dziecięcymi, chodziliśmy do sklepów z rzeczmi dla dzieci..planowaliśmy... Potem było drugie usg. Bałam się bardzo, że będzie coś nie tak.. czułam się źle, miałam okropną zgagę i nawracające nudności, byłam zmęczona. Wszystko to nie miało znaczenia, gdy zobaczyłam to małe bijące serce.. 3 tygodnie później nagle przestałam mieć nudności. Poszliśmy na usg.. mieliśmy oglądać małe rączki i nóżki.. Jestem lekarzem..gdy zobaczyłam obraz USG wiedziałam..ale nie chciałam uwierzyć. Poszłam się przebrać do łazienki i nadal nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Czekałam, by doktor to powiedział... w zasadzie czekałam, by zaprzeczył!!! Ale wiedziałam, że nie może.. moje dziecko nie żyło.. 
Nawet nie wiecie jak bardzo chciałam wtedy umrzeć.. Doktor robił co mógł, by mnie pocieszyć.. ale w takiej chwili nic nie przynosi otuchy. Teraz też z oczu płyną mi łzy jak grochy, gdy o tym myślę. Jeszcze, gdy jechalismy do domu autem..bardzo chciałam, by jakiś pijany kierowca w nas wjechał.. 
Potem zadzwoniłam do koleżanki z ginekologii i umówiłam się na drugi dzień do przyjęcia.. by poronić martwą ciążę. Bliskim i przyjaciołom wysłałam tylko smsa "Umarło". Nie byłam w stanie nic więcej zrobić. Płakałam całą noc. Przeklinałam Boga, świat i siebie samą. Trzy raz schodziłam na dół z myślą, żeby połknąć wszystkie tabletki jakie mam w domu.. trzy razy moje koty przychodziły do mnie niewiadomo skąd i przypominały mi, że nie mogę odejść... o 6 rano przed budzikiem wygrałam sama ze sobą. Powiedziałam, że się nie poddam. Choćby nie wiem co będę mieć dzieci i będą najwspanialsze na świecie. 
Rok później znów byłam w ciąży. Tym razem się nie cieszyłam. Nie świętowałam. To był tylko etap. Byliśmy już zapisani w ośrodku adopcyjnym i czekaliśmy na szkolenie. Nie płakałam, gdy w nocy zakrwawiłam. Myślałam, że już po wszystkim. Pojechałam do szpitala, ale okazało się, że jeszcze nie poroniłam. Dostałam leki, leżałam..ale lało się dalej.. 2 dni później było po wszystkim.. Tym razem nie byłam nieszczęśliwa.. byłam zła. Po co mi to było? Po co zachodziłam w tę ciążę? Tylko niepotrzebny stres.. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do ośrodka adopcyjnego i płacząc pytałam czy uda nam sie wcześniej trafić na kurs niż we wrześniu.. Desperacko potrzebowałam sensu życia.. Pani odpowiedziała, że niestety jeszcze nie wie. Że nie ma decyzji, ale zwykle musi minąć cały rok...

Kiedy potem dostałam telefon, że zapraszają na kurs w kwietniu oszalałam z radości. 

Wczoraj było mi tak źle.. nie miałam z kim pogadać. Mama ma dośc problemów. Mąż.. jak to mój mąż mało się rozumie na emocjach.. Przyjaciel, który by zrozumiał, akurat miał dyżur i był na sali operacyjnej. Moje przyjaciółki zajęte - to chore dzieci, to praca... trudno się spotkać czy skontaktować.. Nie mam im tego za złe, pewnie gdybym zadzwoniła zapłakana to wymyśliłyby sposób, by mnie wesprzeć, ale nie chciałm robić im kłopotu. Takie mamy smutne czasy, że przyjaciół mamy w biedzie..a na codzień rzadko jest możliwość być razem. Musiałam jechać po dzieci.

Nie lubię się za bardzo przytulać, ale wczoraj stanowczo więcej i mocniej niż zwykle ściskałam moje dziewczyny. A kiedy Ali przybiegł do mnie w przedszkolu krzycząc "Moja mamusia kochana przyszła" ból w sercu ustąpił miejsca szczęściu i wzruszeniu. Możecie się ze mnie śmiać, ale ja po prostu wiem, że dusza tego chłopca, który umarł w moim ciele jest teraz w moim synku. On jest takim strasznie moim chłopcem. Dziewczynki są tymi córkami, których w sobie nosić nie mogłam. Asia urodziła się przecież 8 m-cy po naszym ślubie.. 8 m-cy po tym jak przestaliśmy się zabezpieczać.. 8 m-cy po decyzji, że chcemy mieć już dziecko. 

Znajoma powiedziała, że powinnam pożegnać się z tamtymi dziećmi, spalić usg, zamknąć ten etap. Ale nie uważam tego za dobry pomysł. Ten ból wracający od czasu do czasu jest mi potrzebny. Sprawia, że wiem po co jestem. Te przeżycia są częścią mnie jako kobiety i jako matki. Ukształtowały mnie w tych rolach. Ten ból, gdy wraca uświadamia mi, że wydrapałam się sama z tej ciemnej czeluści i wróciłam do świata, by dawać szczęście i być szczęśliwym.. ze moim potrójnym szczęściem..a no i czwartym.. czasem zapomanianym, ale bardzo ważnym męskim;)



Komentarze

  1. Tak bardzo Cie rozumiem, rok temu w 23 tygodniu ciąży nagle przestałam czuć ruchy. Przez dwa dni wmawiałam sobie,że to może dziecko się obróciło w inna stronę i dlatego nie czuję jego kopniaczków, ale po dwóch dniach pojechałam do ginekologa, który tylko potwierdził to,co tak naprawdę wiedziałam- mój upragniony synek nie żyje. Rodziłam jego martwe ciałko w sali do porodów rodzinnych,żeby nie stresować innych ciężarnych.I urodziłam 19 czerwca całe 37 cm miłości utraconej. I choć mam dla kogo żyć, bo mam 3 letnią córeczkę, która jako jedyna trzyma mnie w pionie, to i tak wciąż nocami wyję w poduszkę kiedy nie śpię, a kiedy śpię, śni mi się to co utraciłam. I to nieprawda,że nie znamy wartości czegoś, dopóki tego nie utracimy, ja sobie doskonale zdawałam sprawę z tego, co posiadam łudząc się,że będzie to trwało wiecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak wielu nie rozumie jakie to straszne... mam nadzieję, że teraz i ciebie czekają już tylko jasne dni, a ból na dnie serca choć pozostanie, będzie trwał po to, byś mogła jeszcze bardziej czuć szczęście. Pozdrowiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam ból doskonale który siedzi w człowieku po takiej stracie. Stracie dziecka upragnionego wyczekiwanego i ukochanego od pierwszej chwili... u mnie było gorzej.. (jak dla każdej kobiety która traci co kocha). Ciąża 7 Mc przebiegała bez komplikacji Syn rozwijał się prawidłowo ale był bardzo ruchliwy... i któregoś dnia przestałam czuć jego ruchy. Na początku myślałam że poprostu śpi i z taką myślą jechałam do szpitala po to by się upewnić ze jednak tak jest. Choc ruchy nie wielkie ktore czulam to juz jak po tem sie okazalo to byl martwy plod ktory daje wrazenie ze to dziecko. Gdy przyjechałam (pomijam szczegół potraktowania mnie jak śmiecia przez lekarza ) zrobiono mi w końcu usg które wykazało ze serce synka nie bije. Filip nie żyje. Panika strach ból i wściekłość na siebie bo przecież mogłam się rozerwać (słowa lekarza) pytania dla czego? Co się stało? Przecież wszystko było ok.. Nie potrafię opisać nawet co wtedy czułam. To tak jakby ktoś mi wyrywal serce.. potworny ból. Oczywiście musiałam urodzić siłami natury ( bo to bezpieczniejsze) 3 dni wywoływania porodu. Męczarnia która nie miała happy endu. Rodzisz męczysz się ale nie ma dla kogo.. obok w sali słyszysz płacz innego zdrowego dziecka a Twoje po urodzeniu nie zaplacze. Urodziłam 13 września . Syn się udusil pepowiną. Która daje życie ale jak się okazuje tez je odbiera... i mimo tych 7 lat wciąż pamiętam jakby to było wczoraj. Ale mam drugiego synka (który niestety też był owinięte pepowiną taka przypadłość ) ale wszystko skończyło się dobrze dzięki P.dr.ktora zauważyła w porę ze się zapetlil. I tak sobie to tłumacze ze gdyby żył Filipek nie było by Kubusia. Największe moje szczęście które wynagradza mi wszystko i wypełnia pustkę po pierwszym synku. Trzeba żyć dalej. Pamiętać ale nie rozpamietywac. Mamy zdrowe dzieci. Tak myślę że takie wydarzenia nam się przytrafiaja bysmy zobaczyły jak jestesmy silne i jak wiele potrafimy przezwyciężyć. Życzę Ci trzeźwego spojrzenia na to wszystko (tak jak robisz to do tej pory)uśmiechu na co dzień.. wiem ze to wraca. Ale masz super dzieciaki i warto żyć i cieszyć się życiem. I dużo zdrowia :) pozdrawiam serdecznie. Kamila

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację..im dłużej trwa ciąża tym trudniej przeżyć taką stratę... Kiedyś myślałam, po co mi było to leczenie i starania..przyniosły tylko ból..ale wiem, że gdybym wcześniej zdecydowała się na adopcje nie spotkałabym moich cudownych dzieci, a mąż nie byłby tak przekonany do tej decyzji i mogłoby się to skończyć źle...Pozdrawiam i życzę dużo radości i samych szczęśliwych dni!

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz rację..im dłużej trwa ciąża tym trudniej przeżyć taką stratę... Kiedyś myślałam, po co mi było to leczenie i starania..przyniosły tylko ból..ale wiem, że gdybym wcześniej zdecydowała się na adopcje nie spotkałabym moich cudownych dzieci, a mąż nie byłby tak przekonany do tej decyzji i mogłoby się to skończyć źle...Pozdrawiam i życzę dużo radości i samych szczęśliwych dni!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję :) przy moim Małym Lobuzie nie sposób nie mieć dobrego humoru :)) ale jest i to jest najważniejsze. Ściskam Cię bardzo mocno

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty