Moja reforma edukacji

Mam obecnie synka w przedszkolu, jedną córkę w zerówce i jedną w drugiej klasie szkoły podstawowej. Stykając się na co dzień z systemem edukacji widzę, że nie jest dobrze.. i zdecydowanie potrzeba zmian. Jednak to co proponuje obecna władza, a przede wszystkim sposób w jaki chce wprowadzić te zmiany budzi we mnie strach i złość. Coraz częściej jestem pytana o swoje zdanie na ten temat. Napiszę więc Wam co według mnie powinno się zmienić w zakresie edukacji  - tak jak to czuję. Nie wiem, czy będzie to "idealne" rozwiązanie..ale może komuś da do myślenia?

Mam wrażenie, że rząd i jego tak zwani eksperci uważa, że edukacja dzieci zaczyna się w pierwszej klasie szkoły podstawowej, no ewentualnie w zerówce.. Przedszkola są traktowane jak "przechowalnie" na czas pracy rodziców. Nikogo nie obchodzi, że przez odwracanie kota ogonem - czyli zmianę wieku obowiązku szkolnego i przyzwolenie na pozostawienie 6 latków w przedszkolach, wielu 3 latków nie miało szans się do nich dostać. Uważam, ze jest to dla nich ogromna szkoda! Mój syn dostał się tylko dlatego, że jesteśmy rodziną wielodzietną.. W związku z obowiązkiem przyjęcia 4 latków w naszym mieście, chodzi do grupy, której znaczną większość stanowią dzieci starsze od niego. Te 4 latki nie chodziły wcześniej do przedszkola. Widzę te dzieci codziennie, gdy odprowadzam synka i go odbieram, a także na imprezach przedszkolnych. To co bardzo rzucało mi się w oczy w pierwszych tygodniach roku szkolnego to fakt, że mój 3 latek nie tylko nie odstawał od starszych kolegów w rozwoju psychomotorycznym, ale znacznie przerastał ich na przykład w samodzielności czy interakcjach z rówieśnikami i wychowawcami. No może i powinnam popaść w samozachwyt, że moje dziecko jest takie super, ale to nie tak... W tym samym przedszkolu jest grupa 4 latków, które chodziły już rok do przedszkola. Między tymi dziećmi, a moim synem jest przepaść w rozowoju - są bardzo samodzielne, wiele potrafią i dużo wiedzą. Ten rok w przedszkolu dał im bardzo wiele! 
Dlatego uważam, że przedszkole powinno być obowiązkowe. My rodzice nawet jeśli bardzo się staramy nie jesteśmy wstanie nauczyć dziecka funkcjonować w relacjach rówieśniczych i z dorosłymi spoza bliskiego kręgu. Nie nauczymy ich pracy w grupie, nawet z osobami, których nie do końca lubimy.. 

W czasie, gdy dziecko rozwija się w grupie przedszkolnej uważam, że powinno się przygotować rodziców na czasy szkolne. Powinny odbywać się obowiązkowe warsztaty na takie tematy jak relacje z nauczycielem i szkołą, wsþółpraca wychowawczo-edukacyjna oraz na temat komunikacji w rodzinie i poświęcania dzieciom czasu. My rodzice musimy zrozumieć, że nie potrafimy wszystkiego z automatu. Musimy też pamiętać, że dzieciom trzeba poświęcić czas - zanim zdecydujemy się na nie zwykle myślimy czy nas na to stać.. a to nie jest tak ważne, jak pytanie czy starczy nam dla dzieci czasu! My rodzice musimy współpracować ze szkołą! A szkoła musi z nami! Co z tego, że Pani mojej Asi stawia punkty dodatnie i ujemne za zachowanie dzieci i wysyła je w aplikacji internetowej do rodziców, jeśli oni mają to gdzieś? Dzieci również to olewają.. i koniec końców w klasie panuje hałas i rozwydrzenie..i tracą wszyscy. 

Do szkoły 6 czy 7 latek? Gadki o utracie dzieciństwa sobie odpuszczę, bo uważam je za śmieszne - najlepiej w swoim życiu bawiłam się w szkole..  Co do jedynej słusznej decyzji.. Uważam, że jakieś 95% dobrze przygotowanych 6 latków może rozpocząć naukę szkolną i będzie to z ogromną korzyścią dla nich. 5 % może mieć jakieś problemy. Kto powinien podejmować takie decyzje? Z całym szacunkiem dla wszystkich rodziców, jasne, że znamy swoje dzieci najlepiej, ale za diabła nie jesteśmy obiektywni..  Nasze dzieci są albo najwspanialsze, najmądrzejsze i  w ogóle i wiadomo, że dadzą sobie rade w szkole..albo przecież on/ona jest moim słodkim maleństwem i nie jest jeszcze gotowa.. Nie, rodzic nie powinien podejmować takich decyzji. Uważam, że wszystkie dzieci powinny pod koniec zerówki (czy grupy 5-latkowej w przedszkolu) zostać przebadane przez specjalistów z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Rodzić jeśliby nie zgadzał się z wydana opinią, mógłby poprosić o opinię alternatywną innego specjalisty.

A co się tyczy zerówki.. Niestety widzę ogromną różnicę w zachowaniu i poziomie zwłaszcza samokontroli i emocji u dzieci w szkole w porównaniu z tymi w przedszkolu... Mam wrażenie, ze wychowawczynie z przedszkola nie potrafią pozbyć się nawyków traktowania dzieci starszych jako nadal słodkich maluszków. Nie jestem przekonana czy zerówki powinny być tylko w szkołach.. Ale na pewno personel przedszkoli powinien zostać przeszkolony w tej kwestii. 

Oczywiście szkoły powinny być lepiej przystosowane, klasy bardziej kolorowe, multimedialne, a lekcje bardziej aktywne i nie nudne. Program nauczania jakim idzie moje starsza córka jest po prostu do kitu.. W pierwszej klasie nie robili prawie nic... Niby była nauka pisania i czytania...ale szło to tak niemrawo i ślamazarnie jakby coś było nie tak z dziećmi.. Podobnie z matmą. A teraz w drugiej klasie te rozleniwione dzieciaki mają wszystko na raz! I nic dziwnego, że nie ogarniają.. Na koniec 1 klasy czytały maksymalnie czytankę na stronę. Teraz (a to dopiero 2 m-ce) mają przeczytać 100 stron książki w 2 tygodnie.. Przed wakacjami dodawały i odejmowały do 20. Dziś mają to robić już do 100 i do tego budować równania, zaczynać mnożyć i liczyć pieniądza w zakresie złotych i groszy.. Uwierzcie, można było dużą część tego wszystkiego zrobić w pierwszej klasie.. Dzieci przywykłyby do intensywniejszej pracy. Poza tym ich umysły w wieku tych ok. 6 lat są bardzo chłonne..a z czasem te możliwości spadają. Mam nadzieję, że młodsza córka będzie miała inaczej. W zerówce poznaje już litery (znaczy reszta dzieci poznaje, bo ona czyta i pisze), cyfry, ma początki czytania i liczenia.  Co będzie dalej? Nie wiem... Wiem, że programy nauczania powinno się zmienić i dopracować. I to wymaga pracy ekspertów i czasu! A tu słyszę o pisaniu programów "na kolanie" w kilka tygodni!!! Toż to skandal!

Przerażona jestem też pomysłem 4 roku nauczania wczesnoszkolnego... Niby ma to pomóc dzieciom w przejściu do poszczególnych przedmiotów i nowych nauczycieli.. Ale dla mnie to nic innego jak infantylizacja.. Nie pozwalamy dzieciom dorastać i podejmować nowych wyzwań. Nauczyciele nauczania początkowego absolutnie nie są na to gotowi.. i nie będą w stanie tak szybko nauczyć się jak uczyć geografii, przyrody itp. itd. tak, by osiągnąć taki poziom jak nauczyciel wyłącznie tego przedmiotu.. Normalnie już czuję, że będę musiała sama nadganiać braki u dzieci... 

Co do gimnazjów to nie za bardzo mogę się wypowiedzieć.. Sama chodziłam do szkoły 8 letniej i nie mam zbyt wielu znajomych z dziećmi po gimnazjum, by się na ten temat wypowiedzieć. Za to nasunęłam mi się po niedawnej rozmowie z mamą taka myśl.. Moja wychowawczyni w młodszych klasach nie traktowała mnie dobrze... Może nie chciała być posądzana o faworyzowanie dziecka koleżanki z pracy.nie wiem. Faktem jest, że "dostawałam od niej po głowie" często.. Nie przyjęła mnie do koła tanecznego choć tak bardzo chciałam (i tak na nie chodziłam, niby jako obserwator, ale ćwiczyłam kroki z tyłu sali). Gdy chciałam iść na łyżwy, powiedziała, że nie mogę, bo jestem za gruba. Miałam ogromną wadę postawy (wyćwiczyłam prawie do cna na licznych korekcyjnych), a ona wrzeszczała na mnie czemu siadając nie łączę nóg i nie wierzyła, że po prostu nie mogę. W pierwszej klasie (miała dopiero co skończone 7 lat) po wycieczce szkolnej, na której była bitwa na pokrzywy (fantastyczna z resztą) powiedziała, że nie wolno mi więcej zdejmować koszulki przy dzieciach, bo mam za duże cycki.. Przetrwałam to wszystko. Ale faktem pozostało, że mimo talentu recytatorskiego i aktorskiego w szkole podstawowej nie potrafiłam publicznie mówić głośno... Mama mówi, że była w ciężkim szoku, gdy na pierwszym przedstawieniu w liceum (poszłam tam już w 8 klasie, bo był to taki eksperyment) mówiłam głośni i śpiewałam tak, że mikrofon był mi zbędny. Tam rozkwitła moja siła i pewność siebie.. Tak się zastanawiam, czy nie byłoby tak samo, gdybym wcześniej trafiła do gimnazjum? Może zyskałabym na tym... i miałabym mniej dni i nocy przepłakanych z powodów, które teraz wydają mi się totalnie banalne..a wtedy były koszmarem z powodu czucia się gorszym...  

Na koniec najważniejsze.. w wychowaniu jest jedna bardzo ważna kwestia. Dzieci potrzebują dla poczucia bezpieczeństwa stałości. Robimy plan dnia, posiłków itp. Przygotowujemy je uważnie do wszystkich zmian, by ułatwić im przejście przez te trudne dla nich sytuacje... A dzisiaj stoimy u progu pewnej katastrofy! Dzieci nagle dowiadują się, że to co do tej pory tłumaczyliśmy im o szkole właśnie wywinęło młynka i będzie całkiem inaczej.. Gorzej..na ten moment nie wiem jak będzie. Córka pyta czy za 2 lata będzie się uczyć w innym budynku, a ja nie wiem. Synek chce iść do szkoły za 2 lata, jak Zuzia..a ja nie wiem czy będzie tam zerówka, jeśli zostaną klasy 7 i 8.. Wszystkie zmiany powinny być wprowadzane z sensem, a nie na hej siup! Nie zgadzam się na chaos w życiu moich dzieci!!! Na dodatek powód widzę tylko jeden.. władze mają focha na te poprzednie i muszą odwołać wszystko co tamci wprowadzili, bo tak.. jak przedszkolaki. Nie nie akceptuję tego... A wy co sądzicie?  




Komentarze

Popularne posty