Kiedy dziecko nie chce się uczyć



Zawsze lubiłam się uczyć i kochałam szkołę. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, pisać i liczyć, bo chciałam. Potem w szkole szło mi dobrze, czytałam ogrom książek i chłonęłam wszystko jak gąbka. Na studiach musiałam trochę więcej popracować, ale kto mnie zna wie, że nie poświęcałam nawet połowy czasu na naukę z tego co inni. Do specjalizacji uczyłam się wieczorami, bo właśnie adoptowaliśmy dzieci.. Ale, że po 21 już słabo myślę.. to uczyłam się 20-21.. No i nie codziennie, bo jednocześnie pisałam doktorat.. Zdałam egzamin i obroniłam się. Owszem zawsze byłam zdolna, ale wyróżniało mnie jeszcze nastawienie - ja chciałam wiedzieć, umieć, przeczytać. 

Początkowo trudno mi więc było zrozumieć (i czasem nadal mam z tym trudności), że moja najstarsza córka nie chce się uczyć. Ba początkowo nie chciała nawet nauczyć się samoobsługi..  Sprawy nie ułatwiał fakt, że młodsza z ogromnym zapałem chłonęła każde moje słowo i ogromnie się starała, żeby wszystko robić sama... 

Najłatwiej byłoby przykleić etykietki - młodsza mądra i pracowita, starsza leń i mało zdolna..  Wiele osób pośrednio mnie do tego nakłaniało.. Mówili: "Wiesz ona dużo przeszła to się odbiło na jej psychice. Jest już duża i we wczesnym dzieciństwie nikt z nią nie pracował to nie da się wiele osiągnąć. Nie każdy musi być dobry w nauce..."

Nie nie godziłam się na to. Nie bez walki. Postanowiłam najpierw wypróbować wszystkie możliwe metody, by nakłonić moje dziecko do nauki, sprawdzić osobiście jej możliwości i predyspozycje i stanąć na głowie, by znaleźć do niej drogę.. A dopiero, gdy to wszystko zawiedzie odpuścić... 

Przez pierwszy rok, gdy Asia chodziła do zerówki musiałam przekonać ją do samoobsługi i nawiązać relacje emocjonalne. Owszem raz w tygodniu dostawała ze szkoły zadanie i musiał je zrobić. Często było to trudne. Był płacz, były sceny.. Nie dawałam jej dodatkowych zadań, bo miałam inne priorytety. Jedyny komunikat w tym okresie, był taki, że jeśli się postara to poradzi sobie i osiągnie cel sprawnie i miło.. Niestety często było to kilka godzin spędzonych nad jedną kartką (z 20 przerwami, bo zmęczona).. Ale z tygodnia na tydzień było lepiej. Pod koniec zerówki zadania weekendowe szły już świetnie. 


Potem miała zacząć się pierwsza klasa i musiałam podjąć jakieś kroki, by ją do tego przygotować. W tym czasie stała się już samodzielna w samoobsłudze i to bez szlochów i ociągania. Pierwszą rozmowę zaczęłam od pytania kim chce być w przyszłości. Wtedy chciała być lekarzem tak jak ja. Zapytałam ją więc, co trzeba umieć, by zostać lekarzem. Powoli doszłyśmy do tego, że najpierw czytać i pisać, a nawet liczyć.. a dopiero potem wiedzieć co jak działa w ciele człowieka i co może się popsuć.. Potem zawsze, gdy jej nastawienie do nauki się psuło przypominałam jej tę rozmowę, żeby przypomnieć cel. Kiedy po spotkaniu z wujkiem-policjantem zamarzyła o karierze w Policji od razu przeanalizowałam z nią konieczne umiejętności i wiedzę.. Oczywiście sama doszła do wniosku, że czytać, pisać i liczyć tu też trzeba umieć..



Analizując pierwsze miesiące jej nauki zauważyłam, że Asia wcale nie jest "mało zdolna". Ba ma genialną pamięć - potrafi zapamiętać długi wiersz po kilku powtórzeniach, czy linijka po linijce opowiedzieć fragment książki czytany jej dzień wcześniej. Poza tym ma talent plastyczny i jeśli zechce to pięknie pisze. Z matematyką też radzi sobie dobrze, ale w domu - w szkole ma za dużo rozpraszaczy i się myli. Największy problem stanowiło (i nadal stanowi) niestety najważniejsze - czytanie.. Teraz już rozumie, że jest potrzebne i nawet sprawia jej przyjemność, że może sobie coś sama przeczytać - np. podpis zwierząt w zoo, czy jakąś informację w muzeum, ale czytanie książek nadal idzie słabo. 


Po przemyśleniu wszystkiego doszłam do wniosku, że przyczyny Asi nastawienia do nauki są dwie - zadania do wykonania są mniej atrakcyjne niż inne możliwe aktywności oraz cel jest zbyt odległy, stąd motywacja słaba. Mając to na uwadze podjęłam kilka kroków, które przynoszą wymierne korzyści i zaraz Wam o nich opowiem. 


Wspomnę jeszcze tylko, że ważna jest współpraca z nauczycielem. Nasza Pani nie jest ideałem.. i mam do niej trochę zastrzeżeń, bo widzę, że już przypisała Asi etykietkę średniaka z problemami i w ocenach śródrocznych i końcowych przysłania jej ona nieco faktyczne umiejętności mojego dziecka. Natomiast stara się bardzo, by jej lekcje i zadania dodatkowe nie były nudne. Problemem niestety jest dyscyplina w klasie, choć teraz w drugiej klasie jest już o niebo lepiej niż było w zeszłym roku. Za to kontakt z wychowawczynią jest bardzo dobry i zawsze można z nią pogadać, dopytać o coś, czy poprosić o przysługę "wychowawczą". 


Co zrobiłam? Po pierwsze przestałam się kompletnie przejmować ocenami Asi. Są one często subiektywną oceną wychowawcy, poza tym przy hałasie, zaczepkach koleżanek i w stresie nie jest w stanie ona w pełni wykorzystać swoich umiejętności. Zamiast więc analizować ilość punktów z testów zaczęłam analizować przyczyny błędów - czy faktycznie czegoś nie wie, nie rozumie i trzeba nad tym popracować, czy też był to wynik rozkojarzenia lub (często) faktu, ze poleceni było długie i nie bardzo miała ochotę je przeczytać.. Podejście zadaniowe do wyników w nauce zmniejsza stres zarówno nasz jak i dziecka..  Nie widzimy już kolejnej "pały", a kolejny problem do rozwiązania, razem! 


W odpowiedziach ustnych, Asia wygadana na co dzień miała problemy, bo była nie śmiała i bała się publicznych wystąpień. Gdy się zorientowałam od razu (oczywiście przy jej nie tylko zgodzie, ale i chęciach) zapisałam ją do kółka teatralnego. W pierwszym przedstawieniu dostała krótką rolę i mówiła cicho i bez ekspresji, ale po otrzymanych brawach jakby się otworzyła. W każdym następnym przedstawieniu było lepiej i obecnie problem ten nie istnieje. 

Nie jestem w stanie sprawić, by w jej klasie było ciszej, by dzieci się lepiej zachowywały i nie zaczepiały jej. Wiem też, że sama jest gadułą i często przez to nie słyszy co Pani opowiada.. Problemem było to, że nigdy nie pamiętała (i teraz jeszcze słabo) co ma zadane, na kiedy, kiedy sprawdzian..  Pani owszem przysyła i do mnie informacje, ale "w ostatniej chwili". Fakt 8 latka powinna już sama zapisać/zapamiętać. Przeniosłam więc odpowiedzialność na nią..  Owszem sprawdzam jej zeszyty i ćwiczenia - ale po to, by sprawdzić czy coś zapisała. Ona potem sama ma wyjąć lekcje do zrobienia. Jeśli wiem o zbliżającym się sprawdzianie, pytam się jej czy nie ma czegoś (zwykle mówi, że nie) i każę się dowiedzieć od koleżanek.. Teraz z okazji nowego roku dałam jej kalendarz do notowania ważnych rzeczy.. ciekawa jestem czy się sprawdzi!


To wszystko sprawy ważne, ale "organizacyjne", ale co zrobić, by nauka była dla niej ciekawa? 
Przede wszystkim postanowiłam dać przykład.. O ile czytam dużo i dzieci często widzą mnie z książką, to nie widziały mnie uczącej się.. Kupiłam więc podręcznik i uczę się języka hiszpańskiego. Na razie idzie tak sobie;), ale dzieci widzą, że siedzę czytam powtarzam, robię ćwiczenia.. choć nie muszę, bo chcę.. Bo uważam to za ciekawe.

Postanowiłam też dać dzieciom bliższy (choć nadal nieco odległy) cel. Jest nim nagroda - wyjazd kilkudniowy w fajne miejsce. O nie nie za oceny! Za starania, entuzjazm i zaangażowanie! Dzieci muszą zebrać po 60 krzyżyków każde w ciągu semestru - jeden krzyżyk za pracę domową, czytanie lub naukę z chęcią, pasją i staraniem. Najszybciej paradoksalnie zbiera najmłodszy.. Ali tak się zapalił do wyjazdu "do hotelu", że "zamęcza" mnie wręcz chęcią do robienia jego zadań (wcale się tym nie martwię;)). Jest to praca zbiorowa, co powoduje motywację przez grupę - ostatnio pisałam jak Ali gonił Zuzkę do czytania "bo nie dostanie krzyżyka";). Muszę przyznać, że dzięki tej metodzie pozbyłam się problemu płaczu, jęki i pokładania się po podłodze podczas zadań domowych... bo wtedy krzyżyka brak...


Do tego staram się sprawić, by dzieci uczyły się po prostu świata... Podróżujemy, zwiedzamy, oglądamy, dotykamy. Lasy, łąki, pola, góry, morze, jeziora.. co się da. Zwierzęta, rośliny, skały. Muzea, wystawy, zoo.. Tam można chłonąć wszystkim zmysłami i czerpać wiedzą wraz z radością.. Uczyć się będąc razem - tego się nie zapomina!



Poznajemy naszą piękną Polskę i uczymy się szacunku dla niej przez zachwycenie - nie ma lepszej metody! Potem 11 listopada wieszamy flagę i tworzymy pięknie symbole naszej ojczyzny - kto ich nie zapamięta? Nawet Ali teraz z zamkniętymi oczami je wymieni...




Jak uczyć się przyrody, jeśli nie przez jej obserwację? Razem zasadziliśmy cebulki różnych kwiatów i teraz możemy obserwować ich cykl życia.. Sadzimy też warzywa - marchew, bo jemy korzeń, kalarepkę - bo łodygę i szpinak, bo liście.. Są poziomki i maliny, które zapylają pracowite pszczółki.. Jest i świerk z igłami i szyszkami.. To mamy w ogrodzie, a na spacerze? Co tylko zechcemy!

 




A co zrobić z tymi podstawowymi umiejętnościami, których przyswojenie jest tak samo ważne jak i trudne, żmudne i w sumie nudne? Czytanie, pisanie, liczenie... Na początku kazałam pisać od nowa jeśli ktoś się nie starał - ale to było błędne! Bo tylko wydłużało czas pracy i powodowało frustrację! Gdy to zrozumiałam od razu poszło łatwiej. Wpadłam na taki pomysł.. "Jeśli wypełnisz starając się zadanie z pisania/przeczytasz uważnie czytankę 3x itp., to będziesz mogła zrobić to drugie super fajne, kolorowe i lubiane zadanie.." :) Zysk potrójny.. - zadanie wykonane, nastrój dobry... i wykonane dodatkowe zadanie - jak by nie było przyjemne, to nadal edukacyjne!



Teraz przyszła pora na mnożenie... nie jak nie szło.. Pani dała tabelki, fiszki robili sami, były karty do wypełniania, labirynt z mnożeniem.. nic nie pomagało...  Aż jeden przyjemny wieczór z planszówkami mnie oświecił! Gra! Ambicja i emocje! No i zrobiłam grę (na fotce chyba rozpoznacie..). Rzucasz kostką, idziesz i podajesz wynik. Jeśli nie wiesz 3 pola w tył, jak dwa razy pod rząd nie wiesz wracasz na start... Od razu pomogło! Ale oczywiście młodsze dzieci też chciały grać.. a, że mnożenie to ciut dla nich za dużo... to zrobiłam im ich własne gry! Ali ma litery i podaje wyraz zaczynający się na podstawowe litry alfabetu lub zawierający głoski trudniejsze! Zuzia ma złożone zadania - bo jesteśmy na etapie nauki liczb rzymskich i miesięcy, no a liczenie zawsze się przyda (dni tygodnia zna dobrze, więc to pola "bonusowe", żeby nie było z trudno). I grają.. razem! Każdy w swoją grę i kto pierwszy do mety! Asia ze sprawdzianu z mnożenia do 30 (zakres gry) dostała A! - czyli maks punktów.. wszystkie zadanie dobrze! Teraz ma przygotowaną grę do 100 i tylko maluchom muszę "wydłużyć" ich wersje, żeby było sprawiedliwie:)



To czego się nauczyłam dzięki doświadczeniu z Asią to:

- to, że dziecko nie chce się uczyć nie znaczy, że jest leniem, czy nie jest zdolne - wszystko ma swoje przyczyny i trzeba ich dociec
- trzeba wykorzystać marzenia dziecka jako stały punkt motywacji
- czasem cel jest zbyt odległy i należy postawić bliższy
- oceny nie są najważniejsze! ważne jest staranie, nastawienie i postęp i to warto nagradzać
- nauka nie musi być nudna
- trzeba wykorzystać świat, który nas otacza - nauka przez zachwycenie się jest najlepsza!
- zabawa może być (i powinna) nauką, a nauka zabawą! 
- nie wolno się poddawać, ale też nie można przesadzać - ile razy tobie się nie chce?
- dajmy przykład!


Pewnie jeszcze wiele się nauczę.. i z wami się tym podzielę. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć sposób na wiele szkolnych kłopotów i dzięki temu moje dzieci będą mogły zostać kim zechcą.. a nie tym kim muszą! Buziaki



Komentarze

Popularne posty