Świadectwo z paskiem

Tak, tak to moje! Byłam takim dzieciakiem, któremu to przychodziło z łatwością i tak do 6 klasy zupełnie bez wysiłku. Z to potem czułam się w obowiązku, by pasek na świadectwie zawsze był. Nie, nie było tak, że musiałam na to nie wiem, jak pracować, ale tak szczerze to prawie w każdym roku tuż przed końcem brakowało mi tej jednej piątki do paska. No się skręcałam, prosiłam o dopytki i jakoś zawsze się udawało. Byłam bardzo dumna. a dziś dopiero dociera do mnie jakie to było bezsensowne. Zupełnie nie potrzebne były te nerwy i stresy. W końcu na maturalnym średnia wyszła mi 5,3 (mieliśmy szóstki jakoś pod koniec podstawówki), bez większego starania. Tak po prostu. I wiem, że jedno czy dwa świadectwa, bez pasiastej flagi nie zmieniłyby niczego, ale mnie oszczędziły stresu. Mój mąż, wszakże nie miewał ich za często (wiecznie miała 2 lub 3 z biologii i polskiego), a studia na politechnice skończył i zarabia dobrze w pracy, którą lubi. 

Dlaczego o tym piszę, bo widzę już w szkole nerwową atmosferę wśród rodziców. Teraz ocena jest opisowa, więc w sumie nie powinna mieć wielkiego znaczenia - ma być wskazówką nad czym dziecko ma jeszcze popracować. Ale na zebraniu, gdzie rozdawano propozycję tych ocen co najmniej 2 osoby zaglądały mi przez ramię, by wyczytać, czy aby moje dziecko nie ma lepiej niż ich. Do tego słyszę dyskusję matek na korytarzach: Ty wiesz ona napisała, że mój słabo czyta i nie chce mu się liczyć powyżej 30! No jak ona mogła! A moja to ma wszystko super, tylko jest niekoleżeńska.  

To jeszcze nic takiego, ale gorzej jak się usłyszy przypadkiem, że "podglądacz" szepcze do koleżanki "Patrz matka taka mądra, lekarz i w ogóle, a córka i czyta tak sobie i liczy nieciekawie, a ona tylko książki chce dzieciom kupować, lepiej by się zajęła tym swoim".

Więc jak mądra, odpowiem: Się zajmuję:) Właśnie przez książki, bo to dzięki nim miałam takie, a nie inne oceny. Jak to powiedział Einstein "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, bo wiedza jest ograniczona" i to właśnie dają książki - rozwijają wyobraźnię i jednocześnie dostarczają wiedzy. 

Co do ocen moich córek to wam powiem, że najlepiej pokazują one osobowość wychowawcy. I tak pani starszej to miła, ciepła kobieta, która lubi Asię, a mnie szanuje i dlatego jej opinia wygląda tak: Wspaniała dziewczynka, fajna i sobie radzi, ma tylko drobne trudności i troszkę myli się tu i ówdzie (patrz co wyczytała "podglądaczka" to właśnie to tu i ówdzie;)).
Za to nauczycielka młodszej, ewidentnie jest niezadowolona, że diagnozowaliśmy Zuzię w Poradni Pedagogiczno - Psychologicznej pod kątem przyspieszenia - czyli pójścia do 2 klasy, bez pierwszej - ostatecznie ustaliliśmy z panią psycholog, że owszem poznawczo się nadaje, ale jeszcze nie do końca emocjonalnie i idzie do pierwszej. Opinia pani jest niespójna i stronnicza. Wynika z niej, że Zuzia to w sumie słabo sobie radzi w szkole i tylko przypadkiem czyta, pisze i liczy sama i w ogóle to nie wiadomo jak to się stało, że w teście gotowości szkolnej uzyskała 137 pkt na 143 możliwe.    

I wiecie co ja z tymi opiniami zrobiłam? Przeczytałam uważnie, pośmiałam się i schowałam je do szuflady. A niech tam, będzie jakaś pamiątka na stare lata. Bo czym jest taka opinia, jeśli nie wspomnieniem. W jaki sposób miałaby determinować nasza przyszłość? W żaden! 

Dlatego owszem warto ją przeczytać, w ogóle warto rozmawiać i współpracować z nauczycielami, bo mogą oni zauważyć problemy, o których my nie mieliśmy pojęcia. Ale dzieci po prostu nie ocenić po ich świadectwie, a najlepiej wcale. 

Bo czy to, że Asia dzisiaj słabiej czyta i liczy oznacza, że nigdy się tego nie nauczy? Zupełnie nie. A genialne prosperity Zuzi nie świadczy o tym, że jej zawodowe życie będzie pasmem sukcesów. To nie tak. Nasza rolą jako rodziców jest wyposażyć nasze dzieci w umiejętności, które pozwolą im wybrać swoją drogę i nią podążać. Szkoła jest tylko pomocnikiem i tak trzeba ją traktować. Szkoła ani dzieci nie wychowa, ani (serio) nie nauczy. Wychować musimy my, a nauczyć muszą się same - gdy zechcą. A i tu jest pies pogrzebany - my musimy zrobić wszystko, by chciały. 

Jak? A to już zupełnie inna historia. O wielu małych "sposobach" już pisałam np. 

I jeszcze na pewno nie raz napiszę, bo pomysły przychodzą mi do głowy, w różnych sytuacjach i chętnie podzielę się z wami tymi, które przynoszą efekty. 
Ale jedno jest pewne - karcenie za "złe" świadectwo nie pomoże, a tylko zaszkodzi. Oceny to tylko subiektywne wykładniki odczuć nauczyciela i mają nam pomóc w ukierunkowaniu dziecka lub rozwiązaniu problemów. Bądźmy i my w tym ostatnim dniu roku szkolnego jak dzieci i cieszmy się z wakacji! A jako rodzice cieszmy się z tego, ile nasze dzieci nauczą się w ich trakcie, dzięki spędzaniu czasu z rodziną, rówieśnikami i innymi dorosłymi, w kontakcie z przyrodą, wielkim miastem czy małą wioską. 

Moje dzieci dostaną też od nas na koniec roku piękna książki. I jestem pewna, że gdy już się zmęczą zabawą na świeżym powietrzu chętnie po nie sięgną, by i tą piękną drogą podążyć do krainy fantazji. 

Komentarze

  1. Brawo!!
    Gdyby moi rodzice mieli takie podejście, nie chodziłabym podczas trwania mojej nauki ciągle znerwicowana. Wieczne- a dlaczego nie piątka/ szóstka, pomimo mojej niechęci do danego przedmiotu tylko pogarszały sprawę, gdy trzeba było być we wszystkim najlepszą. Bardzo mi się podobają Twoje sposoby i wiem, że gdy mój syn będzie w wieku szkolnym, na pewno z nich skorzystam!
    Pozdrawiam
    Iga :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty