Jak się zorganizować, by nie zwariować

Bycie mamą (rodzicem) nie jest łatwe i wymaga zdolności organizacyjnych -  inaczej przestaje być miło;). Bycie mamą trójki łobuzów, do tego pracującą, uczącą się i blogującą.. cóż wymaga organizacji na maksa. Choć osobiście podziwiam ogromnie wszystkie mamy, które są w stanie nie iść do pracy i wytrzymać 24h na dobę pracując nad domem i wychowaniem dzieci. To niezwykła sztuka nie zwariować emocjonalnie - ja nie dałabym rady! Praca to cudowny oddech od domu, a dom od pracy - taka ot moja dziwna homeostaza.. Ale jak to wszystko ogarnąć bez straty, dla którejkolwiek ze stron?  Przemyślałam nasz "system" i stwierdziłam, że opiera się on na kilku filarach na podstawie, których inni też mogą spróbować zorganizować swój świat. Oto i one: 

1. Priorytety
Koniecznie trzeba usiąść z drugą połówką (albo ze samym sobą, jeśli tej drugiej osoby brak) i ustalić co jest dla nas ważne. I nie chodzi mi tu o rzeczy wzniosłe (Bóg, honor, ojczyzna itp.;), czy nawet rodzina, miłość, praca..), ale raczej te przyziemne. No, bo np. dla mnie diabelnie ważna jest punktualność. Wobec tego nasze działania mają na celu takie planowanie czasu, by się nie spóźniać. Mój mąż ma natomiast potrzebę posiadania wieczorem ładu w domu, więc przed spaniem przez dom musi przejść mały tajfun i wizualnie całość ogarnąć. 

Doszliśmy do porozumienia na małych polach - ja dzierżę to, że gdy chcę już wychodzić on ma jeszcze 5 rzeczy do zrobienia.. planuję czas tak, by był na to mały naddatek.. A on to, że w ciągu dnia dzieci (i ja) potrafią zrobić maksymalny bałagan, bo wie, że na koniec wszystko zostanie ogarnięte, 

Ja kocham gotować i pragnę mieć w większość dni zdrowy i skomplikowany obiad. Poświęcam więc na to czas, a mąż sprząta po moich kuchennych wyczynach. 

Ważniejszy jest dla nas czas razem niż czyste okna i tulenie kotów niż nieokłaczone ubrania. 

To kilka przykładów, ale i Wy powinniście się zastanowić nad tym co w codzienności jest dla Was ważne, co jesteście w stanie tolerować, a czego nie zniesiecie. A bardzo ważne jest, by ustalić co i jak często możecie sobie odpuścić! To klucz do szczęścia;).  
Ja np. odpuszczam czasem obiad na rzecz pizzy i wspólnego czasu na polu. Odpuszczam kijowo poukładane rzeczy w zmywarce - zrobi się jeszcze jedno mycie.. Odpuszczam też czasem prace ogrodowe, choć wiem, że mój mąż będzie to przeżywał. Ale uważam, że poleżenie na trawie i szukanie potworów w kształtach chmur jest warte zachwaszczenia czy długiej trawy.. 

2. Współpraca i pomoc

Trzeba ustalić między sobą, czym kto jest w stanie się zająć. Najpierw podzielcie pośród domowników prace lubiane. Tak jak wspomniane już: ja gotuję, mąż sprząta po posiłku (smacznym - najedzony łatwiej dzierży mało miłe sprzątanie;)). Dzieci np. kładziemy na zmianę dzień na dzień. Maż zajmuje się samochodami - ich działaniem i sprzątaniem, a ja praniem i szykowaniem ubrań. On płaci rachunki, obsługuje oszczędności i ogólnie robi nam księgowości (oboje jesteśmy na kontrakcie) - ja planuję zakupy, podróże i czas. 
Potem są prace nie lubiane.. sprzątanie kuwety, mycie toalet i wanny itp. Cóż zrobić? Można zagrać w marynarza;)

Jeśli jedna ze stron nie pracuje zawodowo to w zasadzie jest oczywiste, że więcej czasu poświęci domowi i dzieciom. Nie oznacza to jednak, że pracująca połowa ma nie robić nic. W końcu dom i dzieci są wspólne i każdy ma o nie dbać. 
Nie wyobrażam sobie też kompletnie nie potrafić zrobić tego co zwyczajowo jest obowiązkiem tej drugiej osoby. Nigdy nie wiadomo co nas w życiu czeka.. Robię wszystko, by mieć pewność, że podczas nieobecności (czasowej, czy nie..) jednego z nas, ta druga osoba sobie poradzi. 

Pomoc! Każda jest wskazana! Nie! Nie musicie być perfekcyjnymi paniami domu, bez niani czy pomocy domowej, bez dziadków, cioć itp. Wręcz przeciwnie! Dla psychicznego zdrowie swego i bliskich korzystajcie z pomocy, jeśli tylko macie taką możliwość. Jeśli chodzi o rodzinę to nie mam doświadczenia, bo wszyscy mieszkają daleko. Wiem jednak, że nie należy wykorzystywać babć i dziadków czy cioć i wujków, ale jeśli są chętni to umiejętnie korzystać z ich pomocy, zawsze prosząc i dziękując. Często tego właśnie potrzebują, by czuć się docenionymi i potrzebnymi. Nie należy natomiast brać za pewnik, że zawsze zostaną z dziećmi, albo ugotują czy sprzątną. To musi być sensowny układ oparty na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. 

Jeśli Was na to stać to polecam pomoc płatną. My mamy naszą "ciocię" - kobietę tuż przed emeryturą wyrzucono z pracy i została z niczym. Wcześniej dorabiała do niskiej szpitalnej pensji sprzątając i do tego celu pierwszy raz ją zatrudniłam. Robiła porządki raz na 10-14 dni, kiedy byliśmy jeszcze sami. Okazała się osobą bardzo sumienną, dokładną i wypełniającą polecenia. Sama wychowała 4 dzieci i widać było, że ma dobry kontakt z maluchami. Dlatego, gdy ona pracę straciła, a my adoptowaliśmy dzieci została u nas jako opiekunka i pomoc domowa. Obecnie znacznie miej opiekuje się dziećmi, ale daje nam komfort posiadania opieki w dni wolne, ferie, wakacje i w razie choroby. Oprócz tego sprząta, wiesza pranie i prasuje. A, że jest z takich osób, które nie lubią zbyt długo nie robić nic to latem często sama z siebie kosi trawę, czy przesadza rośliny. 

Tak poradzilibyśmy sobie bez jej pomocy, ale stracilibyśmy ok. godziny dziennie i kilku w weekend, które dzięki jej pracy możemy poświęcić sobie. A i ona ma z czego żyć. Uważam, że warto. 

Zaangażowanie dzieci jest kolejnym ważnym zadaniem! Od początku należy mówić o domu "nasz dom", "nasz ogród", "nasze naczynia", "nasz obiad" itp. Wtedy budujemy poczucie odpowiedzialności za nasze otoczenie. Dzieci są pełnoprawnymi członkami rodziny i jako takie maja dbać o wspólne dobro tak jak są w stanie. Warto zrobić to tak, by były z tego zadowolone! U nas na przykład obowiązki domowe dostaje się w nagrodę! "Widzę, że jesteś taki odpowiedzialny, możesz dziś podawać do stołu.", "Świetnie sobie radzisz ze wszystkim, możesz dziś wstawić pranie.", "Tak delikatnie i starannie pracujesz, możesz rozładować zmywarkę, ufam, że nic nie rozbijesz." Itp. itd. Wierzcie mi to działa;).

 

3. Czas dla każdego

Dobrze wiecie, że koniecznością jest wygospodarowanie czasu dla siebie samego, partnera, dzieci - razem i każdego z osobna! Ale spokojnie! To nie musi być nie wiadomo, ile.. No i na całe szczęście dzieci potrzebują więcej snu niż my. Bardzo ważne jest więc, by przyzwyczaić je do stałej pory snu - co da nam czas dla siebie. Moje dzieci muszą wstawać o 6:18 (tak nam wszyło w planowaniu;)) i wobec tego najmłodszy chodzi spać o 19:30, a dziewczyny o 20. I tu trzeba zwrócić uwagę na dni wolne! Przed takimi dniami pozwalam dzieciom położyć się trochę później - 20:30-20:45. Wstają wówczas rano ok 7-8, co nam daje trochę więcej czasu na sen. Przesuwanie czasu snu dalej nie spowoduje już późniejszej pobudki, a tylko zmęczenie w kolejnym dniu, a dziecko zmęczone to dziecko niegrzeczne! Podobnie w wakacje - my pracujemy, więc dzieci chodzą spać jak w roku szkolnym i po prostu wcześniej zaczynają dzień. W czasie urlopu przesuwamy te granicę o te 30-45 min - nie więcej, po co nam stres związany z ich ponownym przyzwyczajaniem do porannych pobudek? No i to nam daje czas dla nas! 

Wolne dni staramy się spędzać na maksa razem - zwiedzać, chodzić do kina, bawić się na powietrzu, biegać, spacerować, grać w gry, ale także kosić, zbierać liście, gotować czy sprzątać - wszystko, byle razem. Wspólnie robimy też zakupy - w markecie razem planujemy jadłospis na kolejny tydzień. W ten sposób dzieci poznały nazwy wielu produktów i nauczyły się co do siebie pasuje. A przede wszystkim, nauczyły się, że trzeba czytać etykiety, sprawdzać datę ważności i skład, tak by wybierać to co zdrowsze! Taki sposób powoduje też, że nie broją, bo się nie nudzą i czują się ważne! 

Raz na kwartał organizujemy wyjście gdzieś sam na sam każdego rodzica z każdym dzieckiem - to robi 6 wyjść podczas, których to drugie musi zająć się resztą dzieci. Dlatego nie damy rady częściej, ale i z tego dzieci są bardzo zadowolone. W końcu rzadko mogą mieć mamę czy tatę na wyłączność i to jeszcze w jakimś fajnym miejscu. 
Ale liczy się też codzienność. Zawsze staram się mieć 5-10 min dziennie dla każdego z nich osobno. Często to czas w aucie albo w drodze ze szkoły do auta. To nie ma znaczenia - ważne, że wtedy słucham tylko tego dziecka. Dostaje ono całą moją uwagę i może mi powiedzieć co zechce. To chyba najważniejsze chwile w ciągu dnia! 

4. Plan, plan, plan!

Nie dalibyśmy rady, bez planu. Jest on trochę inny każdego dnia, ale nadal ma stałe punkty. Oczywiście jest modyfikowalny i dostosowany do różnych sytuacji, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Główne punkty to czas pobudki i pójścia spać, czas powrotu z pracy/szkoły i posiłki - śniadanie i obiadokolacja. Wspólne jedzenie posiłków jest ogromnie ważne i warto "stanąć na rzęsach", by choć jeden dziennie wspólny się udał, albo choć co 2 dzień. To jak to u nas wygląda:

5:40 moja pobudka, mycie, ubieranie, make up itp.
6:00 wstaje mąż - budzi się ze mną, ale on z tych co nie mogą się rano pozbierać, więc do 6 musi "odtajać";)
6:18 wstają dzieci - mąż budzi, bo ja już zwykle jestem na dole i robię śniadanie + jedzenie do pracy/szkoły
6:33 dzieci (i mąż, choć on czasem nie nadąża;)) schodzą na dół, czeszę dziewczyny, a Ali podaje do stołu i nalewa napoje - w nagrodę za to, że najszybciej się rano ogarnia;), Asia robi tacie herbatę, a Zuzia odpowiada za spinki i gumki i przyniesienie plecaków. 
6:55 jest po śniadaniu i ja z Alim wychodzimy - odwożę do na 7 do przedszkola i jadę do pracy
Mąż odwozi dziewczynki do szkoły na 7:45.
14-14:30 kończę pracę i jadę po Alego, w domu od 11-12 jest "ciocia Jola" i ogrania pranie (wstawiam rano przed wyjściem), prasowanie, sprzątanie, 
15:30 jadę po dziewczyny (Ali zostaje z ciocią, bym nie musiała go "targać") - zwykle jedna ma na rano, a druga do 16:05, tylko we środy obie są na rano to mogę szybciej po nie pojechać. 
W domu jesteśmy 16:25
16:40 - 17:40 robią lekcje, ja ich pilnuję i gotuję obiad
17:20-17:30 wraca mąż
18:00 mamy wspólny obiad
19:00 Ali idzie do kapania z 1 z nas, dziewczynki co 15 min po nim, także jedno z nas ma "wolne" o 19:30
O 20 dzieci śpią i mamy 2h dla siebie, bo potem padamy z nóg;) 

Są odstępstwa, bo w poniedziałki dziewczyny mają taniec i wożę jedną do drugiej, a potem z Alim po obie jedziemy. No i jak mam dyżur to ciocia odbiera Aleksa (przedszkole jest po drodze z jej przystanku), a mąż dziewczynki koło 17. Ale poza tym tak już jest. W wolne dni dochodzi lunch ok, 13, jedzony w różnych miejscach, bo często wychodzimy. No i pora pobudki i snu jest inna. Trzymamy się jednak pory obiadu, bo to fajnie uspokaja przed przygotowaniem do snu i pozwala przegadać wszelkie kwestie zanim zaczniemy wieczorny rytuał. 

Każdy z Was musi znaleźć swój sposób i plan, zależnie od tego na czym Wam zależy i jakie macie możliwości. Ale warto się zorganizować, ustalić choćby z grubsza wspólne zasady. To zwiększa spokój i poczucie bezpieczeństwa i dzieci i rodziców. :) 


Komentarze

Popularne posty