Nasza telenowela...


Mówią, że przekleństwem jest życzenie komuś "Obyś żył w ciekawych czasach" i chyba coś w tym jest. Z perspektywy czasu widzę, co prawda coraz więcej "niesamowitości" w naszej historii, a ból przygasa. Czuję, że tak właśnie być musiało, bo inaczej nie bylibyśmy tacy, jacy jesteśmy i nie mielibyśmy naszej cudownej trójeczki.  Ale wtedy łatwo nie było (choć na zdjęciach tego na szczęście nie widać). Ale od początku!

Męża poznałam jak to informatyka.. przez internet! I to w dość zabawnych okolicznościach. Kumple zrobili mi kawał i wkleili moje zdjęcie i nr Gadu Gadu (kto pamięta??) na portal randkowy. Wisiało tam tylko dobę, ale i tak odezwało się do mnie kilku facetów. Dwóch z nich spławiłam od razu, bo już przez GG wyglądali na totalnych świrów ;). Z pozostałymi trzema rozmawiałam przez ok. 2 tygodnie i w końcu umówiłam się. Z jednym w piątek, drugim w sobotę, a trzecim w niedzielę. Dwóch pierwszych w kontakcie bezpośrednim nie było zbyt interesujących, a ten trzeci to był właśnie mój mąż. Potem były kolejne randki, spacery, miłe popołudnia, wieczory w końcu noce. 

Poznałam tez jego rodziców. Oni dowiedzieli się, że ich syn ma dziewczynę z opisu na GG właśnie;). Gdy mama zapytała go, czemu ma tam "Kaś kochana" powiedział, że w zasadzie to ma dziewczynę i ona z nim przyjedzie na weekend - czyli na drugi dzień! Mama o mało go nie udusiła przez telefon i poleciała na zakupy, by przyszykować odpowiedni obiad. Dogadaliśmy się świetnie, mimo sporej różnicy poglądów, zwłaszcza z teściem. Kłóciłam się z nim zawzięcie na wiele tematów przy każdej wizycie, ale zaraz potem śmialiśmy się razem. 



Dość zaczęliśmy myśleć, że to już na zawsze. Jako, że mój mąż nie bardzo umie wybierać prezenty, a pierścionek zaręczynowy to już w ogóle, chciał bym pokazała mu, jakie mi się podobają. Będąc na zakupach w markecie poszliśmy, więc zajrzeć do jubilera. A tam leżał pierścionek idealny! Nie, nie z brylantem. Nigdy nie podobało mi się wydawanie kilku tysięcy na bardziej błyszczące szkiełko - chyba, że miałaby to być inwestycja. Jednakowoż kilkaset złotych kosztował, a my dopiero, co skończyliśmy studia. W zasadzie był to 29 październik. Nad gablotą wisiał wielki napis "Zniżka 20% dla studentów". A nasze legitymacje miały ważność do 31 października.. No to, co było robić? Kupił. A jak już kupił to i się oświadczył, bo po co czekać, jak wszystko jest jasne? 
I tak zaręczyliśmy się w Carrefourze;). Kupiliśmy szampana (takiego ruskiego;)) i pojechaliśmy na wcześniej już zaplanowaną imprezę do znajomych, świętować dodatkowo i tę okazję. 


Ślub planowaliśmy na zimę rok później, ale brat męża stwierdził, że nie ma szans, by przyjechał w takim okresie. Mężowi bardzo zależało na jego obecności, więc ostatecznie ustaliliśmy datę na 26.04. Byliśmy szczęśliwi. Chodziliśmy na kurs tańca nie tylko, by przygotować się do wesela, ale także dla przyjemności. Zamieszkaliśmy tez razem w naszym pięknym mieszkanku. Sama pomalowałam ściany an ulubione kolory. Kupiliśmy pierwsze własne meble i sprzęty. Wraz z najlepszą przyjaciółką spędziłyśmy kilka przecudownych dni mierząc suknie ślubne. Tak się złożyło, że ona zaplanowała swój ślub na 2 tygodnie później niż my! Znalazłam i kupiłam suknię idealną! Sama zrobiłam sobie wianek, taki jaki chciałam. Zarezerwowaliśmy salę w pięknym miejscu w Bieszczadach. Jest tam też piękna mała kaplica, w której miał być ślub. Ksiądz prowadzący ten ośrodek jest artystą i stworzył idealny wystrój sali i kaplicy. Jedzenie robią tam doskonała, a ciasta z lokalnej cukierni są fantastyczne! Wszytko było dopięte na ostatni guzik. 

Pojechaliśmy z mężem do moich rodziców wcześniej, by wszystkiego jeszcze dopilnować. Rodzice męża mieli przyjechać dzień przed ślubem razem z jego bratem i bratową. W ten dzień poszliśmy do kościoła, by się wyspowiadać i siedząc w pięknym słońcu na rynku mojego rodzinnego miasta dzwoniliśmy jeszcze do szwagra zapytać, jak idzie im droga.
Mówili, że co prawda trochę po przejściach, ale jadą. Brat męża z żoną mieli przylecieć dzień wcześniej i pojeździć trochę samochodem. Mieszkali na Cyprze, a tam ruch jest lewostronny. Teść nie widział już na tyle dobrze, by jechać w długa trasę. Niestety (nie wiem jak to możliwe, ale co zrobić) spóźnili się na samolot i przylecieli późnym wieczorem. 
Planowali jechać razem z rodziną chrzestnej męża. Jej mąż jest zawodowym kierowcą, który przejechał po Polsce miliony kilometrów. On miał jechać przodem. Niestety ciocia i wujek zaspali.. Teściowie mieli poczekać na nich na trasie, ale jakoś im się spieszyło.. i pojechali sami. 



Miałam właśnie wyjść do fryzjera na założenie wałków, gdy zadzwonił do męża telefon. Dzwoniono z ambasady Cypru - ówczesnego miejsca pracy szwagra. Był wypadek. Bratowa męża, jako jedyna przytomna pamiętała tylko ten numer telefonu. Nie zachowali wystarczającej odległości. Auto przed nimi zatrzymało się, by skręcić w lewo. Bratowa, która prowadziła przestraszyła się i odruchowo odbiła.. w lewo zamiast w prawo... Wjechali prosto pod TIRa. Kierowca ciężarówki próbując ich ratować skręcił do rowu przewracając ciężarówkę pełną stali, ryzykując własne życie. Tylko dzięki temu ocalił życie szwagra i jego żony. Rodzice męża zginęli na miejscu. Teść nie miał szans. Ale teściowa zginęła tylko, dlatego, że dla wygody odpięła pasy...

Nie wiedziałam, co mam robić. Nie chciałam tego ślubu. Nie chciałam niczego. To przecież przez mnie.. To ja chciałam ślub blisko domu. Mąż martwił się o rannego brata i jego żonę, więc wydzwaniałam do moich kolegów, by szukali kontaktu z lekarzami stamtąd. W końcu ustalono, że nic nie zagraża ich życiu. Nie mieliśmy pojęcia, czy brać ten ślub czy nie. Odwołać? Przenieść? Ale, na kiedy? Za miesiąc, bez sensu. Aż za rok? 
Mama uświadomiła nam jedno. Teściowie byli bardzo religijni i na pewno nie chcieliby, byśmy mieszkali razem bez ślubu kolejny rok. Mąż stwierdził, że ma rację. Powinniśmy wziąć ślub teraz z szacunku do nich. Obdzwoniliśmy wszystkich. Rodzina męża zawróciła z drogi. Nie przyjechali też jego koledzy. Rozumiałam ich, ale trochę też miałam do nich żal. On ich potrzebował, a został całkiem sam. Na szczęście moi bliscy stanęli na wysokości zadania. Przyjaciele przyjechali i wspierali nas stokrotnie. 
Zrobiliśmy też piękne zdjęcia, właśnie po to, by kiedyś móc patrzeć na nie z przyjemnością. Wtedy, gdy minie smutek i żałoba i będziemy mogli spojrzeć na ten dzień i wiedzieć, że był piękny mimo wszystko. Gdy czytałam w kaplicy te słowa: 

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;  nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma

wszyscy płakali. Ale my wiedzieliśmy, że to prawda. Damy radę, bo mamy siebie! Już nie będziemy sami. I tak przysięgliśmy sobie na złe, a potem i na dobre! I tak już 10 długi lat.




Komentarze

  1. Trudna rocznica.
    Daliście radę,jesteście fajną rodziną a blog czyta się przemiło
    Pozdrawiam .Gośka

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty